W jakiejś dyskusji fejsbukowej stwierdziłem, że w Polsce jest lepiej niż było za poprzednich rządów. Zostałem natychmiast zaatakowany ze strony salonowej – czego się spodziewałem, ale też ze strony skrajnych liberałów, którzy zaczęli się domagać bym przedstawił wyjaśnienia swojej opinii.

Faktycznie myślę, że jest trochę lepiej niż było, bo, jak mi się wydaje, w niektórych dziedzinach, na przykład w wymiarze sprawiedliwości, są perspektywy na zmiany w dobrym kierunku. Mamy również prezydenta, kulturalnego, mówiącego językami, którego nie musimy się wstydzić, co też wydaje się ważne, chociażby dla dobrego samopoczucia części obywateli przywiązujących wagę do takich rzeczy. Jest trochę lepiej niż było. Ale niewiele lepiej.

Bardzo wyraźnie widać, że obecne rządy, choć wyrwały nas spod bezpośredniej, niemieckiej kurateli, to oddały nas natychmiast pod pełną kuratelę USA. I to tę najbardziej wojowniczą i niebezpieczną, którą personalizuje Hilary Clinton – osoba skądinąd jednoznacznie Polsce wroga, czego dała dowód wielokrotnie w swoich deklaracjach – ale to temat na inny komentarz. Z wasali Niemiec staliśmy się wasalami USA i tyle. Warto tutaj zauważyć, że póki co nasza sytuacja jest jednak lepsza od sytuacji Ukrainy, która stała się po prostu zwyczajną kolonią USA i UE (do czego i my się przyczyniamy). My, choć jesteśmy wasalami, to nie jesteśmy kolonią. Zawsze coś.

Bardzo wyraźnie widać jednak, że nie ma właściwie żadnej koncepcji suwerennej polityki polskiej. Wszystko kręci się wokół hodowania strachu przed Rosją, co prowadzi do jakichś kompletnie absurdalnych działań w rodzaju zamykania przygranicznego ruchu z obwodem kaliningradzkim. Próby budowy lokalnych porozumień z naszymi sąsiadami są kutecznie blokowane i torpedowane przez Niemców, co świadczy o dość kiepskiej sile naszej polityki zagranicznej.

Bardzo wyraźnie widać również, że jesteśmy pod pełną kontrolą obecnych władców świata, czyli banków. Nie można ich już nazywać „banksterami”, bo to oni dziś rządzą światem i tworzą prawa, więc porównywanie ich do gangsterów straciło sens. Mateusz Morawiecki, bankier, nie przypadkiem jest ministrem finansów, tak jak nie przypadkiem poprzednio był nim Rostowski. Tak jak Rostowski, Morawiecki jest gwarantem tego, że polska polityka finansowa będzie zgodna z wymaganiami władców świata. I jest, czego dowodem jest na przykład projekt ustawy dotyczącej kredytów we frankach szwajcarskich.

Mamy więc niesuwerenną politykę zagraniczną, nieskuteczną politykę regionalną oraz sterowaną z zewnątrz politykę finansową państwa. Nie wygląda to najlepiej.

Co do polityki wewnętrznej to mam poczucie, że w zbyt małym stopniu śledzę bieżące informacje gospodarcze, by móc ją dogłębnie oceniać. Jednoznacznie jednak brak mi jakichkolwiek działań i deklaracji, czy zapowiedzi działań mających na celu likwidację raka toczącego naszą gospodarkę, to znaczy bezkarnej wszechwładzy urzędników. O ile w dziedzinie sądownictwa wydaje się, że obecny rząd będzie próbował coś zdziałać, o tyle w kwestii rozpasania urzędniczej władzy nie ma nawet śladu pomysłu na jakiekolwiek działania. Nic dziwnego – o ile PO traktowało rozbudowę świata urzędniczego instrumentalnie, jako hodowlę swojego, dość pewnego elektoratu (co faktycznie ma miejsce), o tyle obecna władza podchodzi (jak mi się wydaje) do tej sprawy ideologicznie, gdyż PiS jest zwolennikiem silnego, wszechobecnego państwa. Idea może być nawet i dobra w pewnych koncepcjach państwa, jednak w naszym przypadku przekłada się ona na całkowitą bierność wobec faktycznego upadku struktur państwowych i zastępowania ich przez urzędnicze struktury mafijne. W dyskursie polityków rządzących nie ma w ogóle mowy o tym, że struktury państwa powinny pełnić WYŁĄCZNIE rolę służebną wobec obywateli. Nie ma mowy o tym, że urzędnicy powinni osobiście odpowiadać za swoje działania i być za nie ścigani z pełną surowością tym większą, im większych szkód dokonali. PiS działa tak, jakby bał się tknąć tego tematu, choć przecież (a może dlatego właśnie) kilkusettysięczna kasta urzędnicza jest w swej masie raczej wroga obecnej władzy.

Mam wrażenie, że ogólnie jest jednak trochę lepiej. Naprawiono jakieś bzdurne pomysły poprzedniej władzy dotyczące na przykład szkoły dla sześciolatków, próbuje się przywrócić wypróbowany i skuteczny system nauczania sprzed idiotycznej reformy gimnazjalnej, rozbito kontrolę jednej opcji nad wszystkimi najważniejszymi mediami. Podobno w małych ośrodkach ludzie boją się kraść, co samo w sobie jest zjawiskiem pozytywnym.

Zasadniczo jednak, gdyby poprzednia władza nie była tak straszliwie arogancka, to realnie w niewielkim stopniu zauważylibyśmy różnicę po przejęciu władzy przez PiS. W sprawach najważniejszych, takich codziennych, nie dzieje się nic specjalnego. Program 500+, czyli przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni jest doraźnie dobrym pomysłem, ale wydaje się, że głównie ze względu na ugruntowanie poparcia dla rządzących. O wiele lepszym rozwiązaniem byłoby z pewnością znaczące podwyższenie kwot wolnych od podatku i uzależnienie jej właśnie od liczby dzieci, na co najwyraźniej, pomimo obietnic, obecna władza nie chce pójść. Państwo tak jak było, tak nadal jest zadłużane, a warto pamiętać, że dług państwa to nic innego jak jeszcze niezebrane podatki. Tak, my za to zapłacimy – już płacimy skądinąd.

I to chyba tyle. Jest lepiej, co wcale nie znaczy, że jest dobrze. Nie jest naprawdę dobrze, bo w tym systemie dobrze być nie może, gdyż jest to system nastawiony na łupienie, szybkie i jak najwyższe korzyści dla tych, którzy rządzą. Nie, nie dla polityków, tylko dla tych, którzy za nimi stoją i nimi kierują. Dla tych, którzy pilnują, by ministrem finansów zawsze był bankier, bez względu na etykietkę partyjną rządu.

Adam Pietrasiewicz pressmix.eu 2016

Komentarze

komentarze