Chodzi o kontrolę rzeczywistości za pomocą słowa. O łatwe odróżnienie swojego od wroga. To ważne szczególnie w sytuacji niebezpieczeństwa takiego, jak terroryzm, gdy wróg nie wyróżnia się kolorem munduru czy formą hełmu.

No więc wyróżnikiem został islam. Nie ma znaczenia fakt, że terroryści najczęściej mają mniej więcej tyle wspólnego z islamem co Ryszard Petru z elokwencją – wiadomo, że to islam zabija, islam jest zły, islam nam grozi.
Fakty się nie liczą. Można tłumaczyć, wyjaśniać – nie ma szans, bo wszyscy wiedzą. Albo przynajmniej wydaje im się, że wiedzą. W każdym razie jak coś się dzieje, to każdy odpowiedź zna, a jest ona jedna: islam.
Co ciekawe zupełnie nie powoduje to zjednoczenia pod wspólnymi symbolami czy wokół wspólnej wiary wobec tego zagrożenia. Nie gromadzimy się pod sztandarami chrześcijaństwa, by z tym islamem walczyć.
Warto mieć świadomość, że islam jest tu co najwyżej narzędziem, i to nawet bardziej takim, które my chcemy widzieć niż oni użyć. Szofer ciężarówki z Nicei – męska prostytutka – nie był bardziej muzułmaninem od faceta z Orlando (przypadkiem też o skłonnościach homoseksualnych) czy organizator strzelaniny w Paryżu w listopadzie, który był zwyczajnym menelem wynajętym do tej roboty. Tak samo faceci, którzy dokonali ataku na WTC 15 lat temu. Pokrzykiwanie „Allahu Akbar” jest mniej więcej tak powszechne u ludzi w kulturze arabskiej, jak dziś u nas przerywnik w zdaniu „KURWA” (choć nie tak wulgarne!).
ISIS jest strukturą muzułmańską w takim samym stopniu w jakim Francja jest państwem chrześcijańskim. ISIS kierowany jest przez byłych generałów Saddama Husajna, których Amerykanie przegonili w 2003. Generałów mających swoje korzenie ideowe w BAAS, partii „socjalistycznej”, w każdym razie całkowicie ateistycznej. ISIS nie napędza religia, tylko pogoń za władzą, wpływami, szmalem. No i oczywiście to, że są narzędziem w rękach o wiele potężniejszych od nich sił, które się nimi wysługują.
Co ciekawe oni nas, Europejczyków i Amerykanów przedstawiają czasami jako Krzyżowców, również sprowadzając ten konflikt na poziom religijny, bo to najwygodniejsze.
Czy myślicie, że gdy Amerykanie bombardowali Irak, albo ostrzeliwali z dronów ludzi w Jemenie, to te bomby były chrześcijańskie? Że to chrześcijanie zabijali Irakijczyków? Bo wielu z nich tak uważa. Mylą się? A gdzie jest różnica? Że piloci zrzucając bomby czy wystrzeliwując je z dronów nie krzyczeli „W IMIĘ BOGA WSZECHMOGĄCEGO”?
Mnie w ogóle nie chodzi o „obronę” islamu! Chodzi o to, że w konflikcie, z którym mamy do czynienia to nie religia jest podstawowym problemem. Jest tylko hasłem pozwalającym jasno określić wroga, hasłem zwalniającym z myślenia, z szukania prawdziwych przyczyn tych wszystkich potworności.
Zwalanie wszystkiego na „islam” jest na rękę obu stronom. Po „naszej” stronie pozwala to na wskazanie wroga (nawet jeśli coś tam czasem zgrzytnie, gdy się okazuje, że ostatni żyjący ułan II RP jest muzułmaninem), ale jest to na rękę o wiele bardziej IM, naszym przeciwnikom. Im chodzi o to, by doprowadzić u nas do jak największego zamieszania. Dla nich wojna domowa, pogromy Arabów we Francji czy w Niemczech byłyby osiągnięciem bardzo ważnego celu strategicznego.
Zapoczątkowania faktycznego upadku Europy.
Adam Pietrasiewicz pressmix.eu 2016

Komentarze

komentarze