Nasza pawio-papuzia Ojczyzna znów się wybrała w podróż. Po próbach stworzenia nad
Wisłą drugiej Japonii, a potem Irlandii, teraz chcemy się wzorować na Węgrach… o drżyjcie
bratankowie od szabli i szklanki… dni dobrobytu są już u was policzone (a pewnie nawet
zastawione) (nota bene oba te kraje popadły w głęboki kryzys, co skłania do myślenia
magicznego). Czy nie byłoby uczciwiej i bardziej humanitarnie dla innych nacji, by od razu
zacząć budowanie drugiej Grecji, albo nawet Syrii – im by to już chyba bardziej nie
zaszkodziło, a co więcej cel jest bardziej realistyczny i nasze elity polityczne pierwszy raz w
historii najnowszej mogłyby z dumą ogłosić zrealizowanie politycznych zapowiedzi.

 

Wracając do kwestii syryjskej – przypomniał mi się Język!

 

Kiedy wracałem z dalekich wypraw zawsze to jedno mówiło mi, że mogę się czuć TU
„jak u siebie w domu”. Wszyscy mówili po polsku – mniej, lub bardziej sensownie, składnie,
wyraźnie, ale po polsku. Wszystko inne można było odnaleźć w dalekim świecie, ale tego,
(może poza enklawami polonijnymi) nie.

Podczas studiów mieszkałem parę miesięcy z dwoma Syryjczykami. Obaj byli z innych
regionów swego kraju i nie bardzo pałali do siebie sympatią, ale to ich zwaśnienie połączone
z płynną polszczyzną, którą się posługiwali, powodowało, że w tym naszym wspólnym domu
studenckim czułem się jak u siebie. I tak sobie ekstrapoluję to doświadczenie w wyobraźni:
widzę polskojęzyczny tłum w turbanach, myckach, moherach podskakujący raźnie, radośnie,
wspólnie na jakimś lokalnym festynie, przy dźwiękach góralskiej kapeli. Bo przecież
nieważne, co kto ma na głowie, ważniejsze, co ma w głowie i czy może to drugiemu
zakomunikować…

Właściwie to trzeba się pogodzić z faktem, że obrona polskości i polskiej kultury może
się sprowadzać jedynie do obrony polskiego języka, wszystko inne już nie jest nasze. Może
zatem wprowadzić dla imigrantów kryterium językowe? Znajomość polskiego, niemieckiego,
angielskiego, rosyjskiego, byłaby podstawą udzielania azylu… Oczywiście najwięcej na
takim kryterium zyskaliby Węgrzy, ale cóż, niech bratankom będzie – na zdrowie.
Kto powiedział, że kulturę polską mają tworzyć prawdziwi Polacy? Po czym zresztą
mielibyśmy poznać, że ktoś jest prawdziwy a nie jakiś farbowany? Że się przeżegna? Że
pocałuje Ojca Dyrektora w palec? Nie ma dobrego kryterium, zatem trzeba się pogodzić z
losem i z tym, że kulturę polską może tworzyć każdy, kto ma na to ochotę, o ile posługuje się
językiem polskim. Inna sprawa, że większość naszej kultury, czy się to komuś podoba czy
nie, tworzyli jacyś Żydzi, Litwini, potomkowie Tatarów itd. Podobnie zresztą było u naszych
wschodnich sąsiadów, tyle, że tam najwybitniejszym poetą był Afrorosjanin Puszkin. W
wymieszanej etnicznie Europie to norma. Znacznie gorzej mają Indianie, którym kulturę,
razem z wodą ognistą, przywieźli europejscy imigranci. Tych, w odróżnieniu od
Afroamerykanów (ich też przywieźli), należałoby zapewne nazywać Euroamerykanami.
Tu dochodzę do kolejnego nurtującego mnie problemu. Byłem, jeszcze przed galą
oscarową, w kinie, na filmie. Film poruszył mnie parokrotnie. To znaczy poruszył moją
wyobraźnię. Był jednowątkowy, ale wielopoziomowy. Była w nim między innymi mowa o
imigracji ekonomicznej w Ameryce i o relacjach rdzennych Amerykanów z tymi imigrantami.
Okrutni imigranci w pień wycinali rdzennych mieszkańców a także mieszańców.

Pomyślałem, wzburzony wymową filmu, że może zacznę produkcję kubków z jakimś
antyimigranckim hasłem, dzięki czemu coś bym zarobił, zwróciłbym uwagę na ważny
problem, a przy okazji sam nie musiałbym nigdzie migrować. Kubek miałby n. p. napis:

Europa dla Europejczyków

Azja dla Azjatów

Ameryka dla Indian

Już niemal czułem się współbeneficjentem kryzysu imigracyjnego, niestety drukarka do
produkcji nadruków na kubkach poległa. Wkrótce potem Di Caprio otrzymał za swoją rolę
Oscara. Uznałem zatem, że być może film jest o tym, jak trudno zdobyć Oscara? Di Caprio
kurczowo trzymając się gałęzi, drzewa, konia, roli, przemierzał przestrzeń, przedzierał się
przez chaszcze, skakał z koniem po drzewach, walczył z gigantycznymi niedźwiedziami, z
wodą, śniegiem, błotem, z własną słabością, z bandą Francuzów, z bezwzględnym mordercą i
ze słabością scenariusza… Wytrwał do ostatniej sceny i za to, za wytrwałość, należy mu się
niewątpliwie nagroda. Ja bym mu ją dał nawet już za sam cierpliwy udział w owym filmie.
Pomimo pewnego zniesmaczenia wciąż jednak nurtowała mnie wątpliwość, czy może moje
odczytanie filmu nie jest zbyt tendencyjne… może coś przeoczyłem?

 

Minęły kolejne dwa tygodnie i dostrzegam dziś zupełnie nową perspektywę dla
odczytania tego filmu. Osobiście do głębi zraniony i nieszczęśliwy zacząłem podejrzewać, że
może jest to metafora całej naszej kultury i zarazem wszystkich naszych jednostkowych
zmagań? To zapominanie scenarzystów o śmiertelnych ranach zadanych przed chwilą i
powstawanie bohatera po kolejnych ciosach, których nikt przecież by nie przeżył w realnym
życiu, być może jest metaforą naszej heroicznej egzystencji w wymiarach makro i mikro!
Czyż każdy z nas nie przeżył jakiegoś ciosu, który wydawał się śmiertelny, po czym wstawał
i szedł dalej, tak, jakby nigdy nic? Czy te wszystkie tragedie narodowe i osobiste, które nam
się przydarzają nie wydają się za każdym razem ostateczne i niemożliwe do uniesienia?

Umieramy po wielokroć, a przecież idziemy dalej, zapominając o tych wszystkich
śmiertelnych ranach, które nam zadano. Być może zatem świat to tylko wola i wyobrażenie,
jak podejrzewał Schopenhauer, a wszystko, co nas nie zabija, to nas wzmacnia, jak twierdził
Nietsche? Błogosławiona skleroza pozwala na kolejne heroiczne zmaganie z tym, co
nieznane, ze wszystkimi śmiertelnymi zagrożeniami, z których przecież tak naprawdę tylko
jedno okaże się skuteczne…

Jeżeli film jest o tym, to chylę czoła przed autorami scenariusza. A jeżeli nie, to i tak
przecież można go dowolnie zinterpretować, zatem niech będzie, że jest o tym.

Na marginesie jeszcze tylko chciałbym zauważyć, że Francuzów w tym filmie
przedstawiono w nader niekorzystnym świetle. Gdyby to byli Polacy, to na pewno jakiś
minister wystosowałby stosowną notę na temat… Na szczęście autorów filmu Francuzi mają
to gdzieś, bo mają ważniejsze problemy – chociażby z coraz większą francuskojęzyczną
mniejszością muzułmańską. Ech, ci to mają problemy… na szczęście wiosna idzie, a jak
wiadomo od lat – „wiosna nasza”.

 

Jarosław Olejniczak

Pressmix.eu

Grupa Medialna Pressmix 2016

Komentarze

komentarze