W naszych dziwacznych czasach poranna modlitwa „Panie Boże, spraw, by było tak dobrze, jak jest” wydaje się bluźnierstwem. A zatem czy Fa, radosna i szczęśliwa, od rana bluźni? I jeżeli bluźni, to przeciw komu i czemu?

Na pewno jest przeciwniczką postępu…

Prawo znalezione na plaży

Dowolne piękno

Rozszczepione na dwoje

Lśni pełnią szczęścia

 

Haiku, jak haiku, a jednak może budzić mieszane uczucia. Wydaje się jakieś takie niedzisiejsze. Staroświeckie, staromodne, patetyczne. Piękno, szczęście, to słowa niezrozumiałe, możliwe, że już przestarzałe, a zatem bezwartościowe?

 

Starożytne, jak Akropol, pojęcie szczęścia zostało już dawno skutecznie wyeliminowane z tzw. dyskursu społecznego. Można je jeszcze odnaleźć w operach mydlanych, romansidłach i poetyckich próbach niskiego lotu. Zazwyczaj jest to szczęście niespełnione, okaleczone, odebrane, albo postulowane. Kiedy przedstawione zostaje jakieś „spełnione” szczęście, ocieka ono sentymentalnym syropem, co wśród bardziej wrażliwych odbiorców sztuki powoduje odruchy wymiotne. Ckliwe, przesłodzone wizje szczęścia rzeczywiście nie zachęcają do jego osiągnięcia. Ale też wizje takie pokazują, że autorzy nie mają zielonego pojęcia o szczęściu, no bo niby skąd? W etyce szczęście zostało zastąpione przez przyjemność, użyteczność, obowiązek… Widać wyraźnie, że etycy to grupa ludzi, którzy gardzą byle jakimi ziemskimi radościami w imię realizacji wyższych (lub niższych) wartości. W tej grupie, składającej się głównie z teologów i starych kawalerów na etatach profesorskich, zdarzają się od czasu do czasu myśliciele, którzy wygrzebują stare pojęcia i podają je w nowych układach współrzędnych. Szczęście nie ma chyba jednak ostatnio szczęścia do tego rodzaju interpretatorów. Jeden z jego głośniejszych ponowoczesnych orędowników, A. Comte-Sponville, apodyktycznie stwierdza, że

molo też ma stopy

„Szczęśliwy jest tylko ten, kto utracił wszelką nadzieję; nadzieja jest największą torturą, jaka istnieje, zaś rozpacz – największym szczęściem”.

 

U Dantego porzucenie nadziei wiązało się ze zstąpieniem do piekieł, u współczesnego francuskiego filozofa jest największym szczęściem… no i jak tu ma być dobrze?

Fa zatem, czując się szczęśliwa i radosna, a co gorsza, mając nadzieję, że ten stan jeszcze potrwa, bluźni przeciw najnowszym trendom w etyce!

Próbuję jednak zrozumieć intencję A. Comte-Sponville’a. W jednym z wcześniejszych felietonów też przecież pisałem (choć wydawało mi się, że żartuję) o tym, że ludzie lubią cierpieć, a nawet, że niektórzy odnajdują w swoim cierpieniu jedyne możliwe szczęście. Zatem coś jest na rzeczy. Choć chyba nie o takie szczęścio-cierpienie chodziło francuskiemu eudajmonologowi?

We mnie wciąż w głąb gnasz

Ja w tobie tonę Skąd to

Dokąd tak dobrze

Kilka dni temu zastanawialiśmy się z Fa dlaczego akurat my jesteśmy takimi szczęściarzami? Dlaczego w ogóle potrafimy być szczęśliwi, dlaczego szczęście wydaje się nam takie proste i dlaczego, w takim razie, inni nie potrafią żyć równie szczęśliwie?

Po dłuższej porannej wymianie zdań (wymieszanej z innymi formami komunikacji interpersonalnej) okazało się, że to, co wydaje się nam dziś takie proste, wcale proste, ani łatwe nie jest. Przede wszystkim, żeby docenić bycie z drugim człowiekiem, umieć się cieszyć z jego obecności, zaakceptować go wraz z jego całym wyposażeniem, trzeba najpierw przebyć krętą, ciernistą i wyboistą drogę do zaakceptowania siebie. Nie o narcystyczny zachwyt tu oczywiście idzie, ale o pokorną akceptację własnych braków (co wiąże się z bolesną dosyć utratą wielu złudzeń), dostrzeżenie swoich zalet i nabycie poczucia własnej wartości wskutek weryfikacji tych, początkowo jedynie domniemanych, zalet, z rzeczywistością. To łatwiejsza część programu.

Zimowy Sopot

Mając już ugruntowane poczucie wartości własnej można się skupić na tej formie własności i uprawiać ją na wszelakie możliwe sposoby. Jest to bezpieczna zabawa, bo nawet gdy się uprawia sporty ekstremalne, odpowiedzialność jest jednoosobowa i konsekwencje dotykają głównie nas samych Ten rodzaj bezpiecznego korzystania z wolności, jaką daje poczucie wartości własnej, jest w równej mierze domeną „samotnych wilków”, jak i większości poczciwych filozofów, którzy od paru tysięcy lat próbują opisać osiągnięte przez siebie „szczęście” i zachęcić innych do pójścia odkrytą przez siebie ścieżką…

perpetuum mobile

Niedorzeczności

nie mają źródeł brzegów

i ujść a płyną

Szanowne grona filozofujących kawalerów (wśród których od czasu do czasu trafiają się zupełnie niedostosowani do pożycia w stadle małżonkowie, jak n. p. Sokrates), znają się na różnych rodzajach szczęścia, ale o szczęściu wynikającym z miłości dwojga ludzi raczej nie mają pojęcia. Mogą nam głównie dostarczyć informacji, jak sobie lęk przed byciem z drugim człowiekiem racjonalnie wytłumaczyć, jak wybór samotności usprawiedliwić i jak samotne rozmyślania uatrakcyjnić. Niestety, nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć, czy obawa przed zranieniem, rozpacz, pesymizm, szaleństwo itd. są bardziej przyczynami dokonanych przez nich wyborów, czy efektami przemyśleń, ale to chyba wszystko jedno – zawsze, gdy szukamy rozpaczy, znajdujemy ją; poszukiwanie uzasadnień dla pesymizmu w 100 % kończy się sukcesem, szukajcie a znajdziecie… Ci dzielni myśliciele mniej więcej takie sukcesy osiągnęli i udało im się całkiem liczną rzeszę przekonać, że świat jest taki, jakim oni go widzą.

czy ludzie żyją

pomimo swojej niewiedzy

czy dzięki niej

Bardziej społecznie nastrojeni ich adwersarze nie mieli, co prawda, lepszych pomysłów, ale założyli, że postęp, wspierany przez dzielny ludzki rozum, wszystko jakoś załatwi. Dopisze rozwiązania i doprowadzi nas do krainy wiecznej szczęśliwości.

gotowanie to żadna filozofia

Dziś mimowolnie podążamy tymi tropami – i to równocześnie! Dajemy się kusić racjonalnym wywodom, efektownym metaforom, elegancko opakowanym tautologiom… tymczasem rzeczywistość, emocjonalność, mądrość gdzieś po drodze się ulatniają, pozostawiając stada osamotnionych ego na pastwę swoich i nieswoich wyobrażeń.

Za późno?

Idą już po nas

W nierzeczywistość czas wiać

Przeszły Już po nas

Mozolnie grzęźniemy w postępującym kieracie codziennego uwodzenia, brniemy w trywialność, w banał, w dosłowną gołosłowność, która nie jest już zakorzeniona w rzeczach czy w uczuciach, a jedynie w innych słowach. To może się wydawać smutne, ale równocześnie pozostaje fascynujące.

Cieszy mnie bezinteresowność tych dziwnych nowych czasów. Mogę pisać o sprawach, które mnie bawią, czy intrygują, bez poczucia odpowiedzialności za konsekwencje moich wymysłów. Nie pisałem, było tak jak jest, piszę – nie ma to dla przeciekającego świata większego znaczenia. Jest tak samo dobrze, jak było. Mogę się cieszyć frazą czy pochwyconym sensem sam, albo wspólnie z grupką nielicznych przyjaciół. Nie muszę się lękać o sąd jakiegoś wyrafinowanego krytyka, bo takich już nie ma. A jeśli nawet są, to i tak nasze myśli się nie skrzyżują, bo i gdzie, bo i po co? Dla takiego dialogu potrzebna by była przecież publiczność odpowiednio wyrafinowana, by zrozumieć o co chodzi.

Panta rei

Bycie się staje

Nic już nie oszukuje

Płynę po schodach

Można zatem oddychać pełną piersią, pływać z prądem lub pod prąd, nurkować, unosić się na falach, cieszyć się swobodą, o której przecież tak naprawdę każdy z nas marzył. Pico della Mirándola w 1572 r. z zachwytem pisał, że

„człowiek jest wolny jak przestrzeń i może być wszystkim, czym chce”

Nawet nie podejrzewał takiej wolności, którą udało się współcześnie osiągnąć! Bajka się ziściła – zapanowała wyższa forma wolności – dowolność. Nie ograniczają nas już ani formy, ani treści, ani konsekwencje, ani jakieś poczucie przyzwoitości… Znaczenia nie mają żadnego przeznaczenia, słów używa się, bo są. Na dowolnych dostępnych nośnikach przerzucamy je… bawimy się nimi bezkarnie, jak dzieci w piaskownicy, budujące swoje piaskowe konstrukcje, w nieskończoność, aż do znudzenia…

znika obecność

niezobowiązująca

między palcami

 

Piaskownica ciągnie się po horyzont… Czasem jeszcze się ktoś dziwi, jak kot na pustyni, który stwierdza, że nie ogarnia tej kuwety… A ja podziwiam tę doprowadzoną do ostatecznych konsekwencji ziemię obiecaną, która, nieoczekiwanie dla wszystkich (podstępnie? postępnie?) nadeszła …

Po asfodelach

Już umarły A my wciąż

tak jakby żywi

Zajęci swoimi nie cierpiącymi zwłoki (ładny zwrot, tak na marginesie) sprawami nawet nie zauważyliśmy, że jesteśmy w raju, że właściwie to już nie żyjemy, zaś wszystko, co robimy, jest na niby, wszystko, czego się boimy, mieszka tylko w nas, a to, czego dotykamy rozsypuje się w proch, by za chwilę wyłonić się w nowej postaci. No, chyba, że to nie jest raj, tylko piekło… ale czy to ma znaczenie? Czy to jeszcze komuś robi różnicę?

lodowa panna

Zatem może należałoby przyznać rację Comte-Sponville’owi? Zatopić się w beznadziei, przysiąść obok innych, świadomych, lub nie, użytkowników piaskownicy i lepić swoje nietrwałe budowle, czy drążyć podkopy? Można by też pobawić się w inne gry: w pracę, w dom czy lekarza, albo – z okazji Walentynek – w Miłość. Wszystko i tak jest na niby, konwencje zastępują uczucia, reguły wypierają szczere i bezpośrednie odruchy. Umówmy się jednak, że nie jest to najszczęśliwsze dla każdego z nas rozwiązanie.

Na nasze szczęście

Ten drugi człowiek

gdziekolwiek jest wciąż czeka

chcąc się odnaleźć

Dlatego beztrosko porzucam ten tekst, zamykam laptopa i odwracam się na drugą, tę bardziej rzeczywistą, stronę życia, gdzie, już nieco zniecierpliwiona, Fa oczekuje na ciąg dalszy naszych rozważań o tym, dlaczego jesteśmy tacy szczęśliwi.

myślę bezpiecznie

Jarosław Olejniczak dla portalu Pressmix.eu

Grupa Medialna Pressmix 2016

Komentarze

komentarze