Z notatnika chwilozofa: O życzeniach i cierpieniu

Fa* mi wierci dziurę w brzuchu.

Zażyczyła sobie noworocznie, żebym zrobił karierę naukową.

Nie wystarczy jej, że jestem prawdopodobnie najinteligentniejszym antyintelektualistą w Sopocie, może nawet w Trójmieście, a całkiem możliwe, że i na całym Wybrzeżu (na południu Polski takich, jak ja abnegatów jest na pęczki, więc terytorialnie nie rozwijam tematu)… Ona by chciała, żebym został profesorem, albo chociaż docentem!

 

To by było takie twarzowe… Mogłaby czerpać prestiż i satysfakcję, mogłaby się chwalić przed koleżankami (to, że nie ma koleżanek wcale jej nie przeszkadzało – teza, że nie ma, bo nie może się przed nimi pochwalić moją pozycją naukową, była nie do obalenia)…

 

No dobrze, ostatecznie, po przyjęciu argumentu, że stopień docenta już wycofano, zgodziła się na doktora, byle nie zwykłego, bo takich jest na pęczki, tylko jakiegoś nadzwyczajnego, habilitowanego, albo jakiegoś jeszcze innego. Ponieważ nie chce mi się robić kariery akademickiej (chyba zresztą już na to trochę za późno), pomyślałem, że jedynym sposobem uzyskania tytułu satysfakcjonującego Fa jest otrzymanie doktora honoris causa od jakiejś uczelni. Przyznają taki tytuł za dowolną „wybitność”, w dowolnej dziedzinie, pod warunkiem, że taka wybitność zostanie przez kogoś dostrzeżona… Tu się zaczynają pewne schody, bo dostrzeżenie czyjejś wybitności przez jakieś polskie gremium decyzyjne musi być poprzedzone przez uznanie tej wybitności gdzieś w szerokim świecie. I to musi być bardzo dobitnie wyrażone uznanie! Najlepiej zwieńczone jakimś Pulitzerem, albo Noblem. O! Wtedy takiego honoris causa mógłbym spokojnie sobie załatwić.  Na Pulitzera mam małe szanse, bo trzeba mieć jakiś talent, chociażby pisarski, ale z tym Noblem to można by pomyśleć, pomyślałem.

schody nieskończoności – fot. Jarosław Olejniczak

Przegląd dziedzin zajął mi chwilę, literacka nagroda odpadała z tych samych przyczyn, co Pulitzer, z chemii, fizyki i innych ścisłych zrezygnowałem, powodowany wrodzonym wstrętem do nadmiernego porządku, przez chwilę, parząc kawę w kuchni zastanowiłem się nad nagrodą pokojową, ale zaniepokoiła mnie pewna arbitralność w doborze nagrodzonych… Jeżeli już miałem się mieszać w jakieś absurdalne dziedziny, w których panuje pełna dowolność kryteriów, to uznałem, że jedynymi, które mnie interesują są ekonomia i psychologia. Modne, młode i gotowe na każdą absurdalną hipotezę, pod warunkiem, że nikt wcześniej jeszcze niczego równie głupiego (czyt. nowatorskiego) nie wygłosił. Istotne, że gotowe również na przełknięcie wniosków sprzecznych z dotychczasową praktyką, najlepiej niezweryfikowanych przez rzeczywistość. Żeby zwielokrotnić szanse na otrzymanie nagrody warto by było obie dziedziny połączyć w jakiejś teorii psycho-ekonomicznej…

 

W poszukiwaniu właściwego tematu zerknąłem na taras, gdzie dostrzegłem skulony, smagany wiatrem i zimnem jakiś chyboczący się cień. Po dłuższej chwili zorientowałem się, że jest to cień człowieka i należy do kolegi. Wpuściłem właściciela cienia do domu i dostrzegłem a za chwilę nawet na potwierdzenie usłyszałem, że kolega przepełniony jest cierpieniem… a właściwie szeregiem cierpień. Cierpienia natury zdrowotnej i egzystencjalnej łączyły się w nim z coraz bardziej ogólnymi, narodowymi, europejskimi i wszechświatowymi, tworząc kontinuum nie mniej przygnębiające, jak widok zapadającego za oknem, w kolorach krwisto-malinowych, zmierzchu. Ponieważ byłem akurat w trybie naukowo-badawczym, wzmocnionym przez teoriopoznawcze turbodoładowanie (cokolwiek by to miało znaczyć), nie byłem w stanie równocześnie przyjąć pozycji współczującego współobywatela, czy współczłowieka. Byłem zatopiony w poszukiwaniu jakiejkolwiek prawdy, albo choćby półprawdy, jakiegoś, jakiegokolwiek pomysłu i ten oto cierpiący kolega miał mi tego pomysłu dostarczyć … choćby to miało być jego ostatnie cierpienie w życiu! No i udało się! Wystarczyło skojarzyć proste fakty i wszystkie klocki układanki powskakiwały we właściwe miejsca. Przypomnieli mi się w oka mgnieniu inni odwiedzający nas ostatnio znajomi, przed oczami stanęły wpisy z fb i z prasy internetowej (telewizji nie oglądam, więc mi nic z niej, dzięki Bogu, nie stanęło). Te wszystkie elementy wskazywały jednoznacznie, że LUDZIE LUBIĄ CIERPIEĆ. Tak po prostu – cierpią, bo lubią. Konstatacja taka w zupełności wystarczy, by zrozumieć skrytą dotychczas za zasłoną tajemnicy naturę człowieczeństwa. To, rzecz jasna, wstydliwa prawda, trudna do pogodzenia z wszystkimi ogłoszonymi dotychczas systemami etycznymi, dlatego może tak długo była nieujawniona. Ale wypowiedziana głośno jakże łatwo wyjaśnia skomplikowaną strukturę ludzkiego świata! Król jest nagi!

 

Ludzie nie dążą do szczęścia, bo nie wiedzą, czym to szczęście mogłoby być, ludzie chcą czuć to, co znają i rozumieją. Szczęście jest zbyt trudne, wymaga wiedzy, analiz, refleksji, pracy nad sobą, odwagi i w dodatku efekt końcowy jest niepewny. Przyjemności zresztą też wymagają wysiłku. Cierpienie, w przeciwieństwie do szczęścia, jest łatwe, pewne i po jakimś czasie nawet może stać się przyjemne. A poza tym dzieląc się z innymi własnym cierpieniem możemy to robić niewielkim kosztem, znacznie mniejszym, niż gdybyśmy się musieli dzielić własnym szczęściem.

 

Inspirującemu koledze zaaplikowaliśmy, wspólnie z Fa, Yerba Mate na cierpienia fizyczne oraz kilka rad na cierpienia duchowe i rad nie rad opuścił nas, by dalej w świat nieść swój krzyż. Nie wiedział, że jego cierpienie stanie się zaczynem nowej teorii. Teorii przewracającej ustalenia hedonistów i niweczącej trudy utylitarystów. Teorii wreszcie, która w zupełnie innym świetle każe nam spojrzeć na wszystkie niedawne życzenia noworoczne, składane przez „życzliwych”, bo czyż szczerze życzyli nam „dobrze” ci, którzy życzyli nam wszystkiego najlepszego? A co by było, gdyby wszystko, co najlepsze się spełniło? Na co byśmy narzekali? Skoro ludzie potrzebują cierpień, to może ci „życzliwi” w skrytości ducha sobie samym życzyli tego, co najgorsze, żeby móc się w tych swych cierpieniach, przekraczających wszelkie granice wyobraźni, pławić do woli?

 

Możemy uznać, że niedawne życzenia noworoczne były po części nieszczere, ale też, w dużej mierze, ich nieadekwatność wynikała z ignorancji życzących. Tę lukę powinna w nadchodzącym roku zapełnić nowa nauka: psycho-ekonomia cierpienia. Jeżeli ludzie lubią cierpieć, to trzeba im zapewnić odpowiednie warunki do cierpienia, tak, by mogli cierpieć w cywilizowany sposób, po ludzku. By dla każdego cierpienia nie zabrakło i by wystarczyło go na jak najdłużej. Trzeba przy tym podjąć odpowiednie badania dotyczące dostosowywania najwłaściwszych rodzajów i stopni cierpienia w zależności od wieku, płci, środowiska, pisać poradniki w rodzaju „Jak cierpieć nie nudząc siebie i innych”, nakręcić filmy grozy i dokumentalne, i t. d… i t. p. Podejrzewam, że w nauce, przemyśle cierpiętniczym i w powiązanych z nimi usługach zatrudnienie znajdzie wiele milionów, jak na razie zadowolonych z siebie, bezrobotnych, zaś wzrost PKB, związany z rozwojem tego rynku, o bóle głowy przyprawi ekonomicznych buchalterów…

 

To oczywiście na razie zarys projektu, grubo szyty i pofastrygowany ledwie, ledwie, ale ma dopiero parę godzin. Za jakiś czas materiał się ponaciąga, łatki ponaszywa, zaimpregnuje na konkurencyjne argumenty i teoria będzie gotowa. Dzięki niej ludziom być może nie będzie się lepiej żyło, ale za to na pewno będzie się świadomiej cierpiało…

 

No dobra, trzeba przygotować wstępne tematy prac doktorskich, paneli dyskusyjnych i konferencji naukowych, nakreślić kierunki rozwoju oraz wskazać zagrożenia, czyli odwalić czarną robotę, i po ptokach… Nobla mam już prawie w kieszeni, gorzej będzie przekonać miarodajne gremia lokalne, żeby mi tego honoris causa przyznali, ale… skoro Fa chce tego doktora, to się go załatwi. Niech będzie ze mnie dumna – niech jej będzie.

 

* Fa – moja lepsza, tzn. bardziej wymagająca połowa.

Chwilozof oczami Fau

Jarosław Olejniczak dla portalu Pressmix.eu

Grupa Medialna Pressmix 2016

Komentarze

komentarze