Ludzie nie wiedzą, co myśleć

Ludzie nie wiedzą, co myśleć

Panorama of handsome thoughtful man looking through the window

Nie wiedzą, bo skąd by mieli się dowiedzieć? Od kogo? Skąd mogliby wiedzieć, że to, czego się dowiedzieli, jest warte przemyślenia i przyjęcia. Nie wiedzą, jak myśleć, bo gdzie by się tego mieli nauczyć? W szkołach, wyposażonych w programy do napełniania szufladek, obsługiwanych przez przestarzałą generację ciał pedagogicznych, raczej na to nie mają szans.

Uczenie myślenia nie jest celem systemu edukacji (czy, pozwolę sobie skorzystać z patentu słowotwórczego Korwina-M, edupacji). Celem tego systemu jest wyprodukowanie dobrych obywateli, czyli odpowiednich dla właściwego funkcjonowania obecnego układu społecznego jednostek. Napełnianie szufladek dezaktualizującą się już w momencie druku podręczników wiedzą, nauka hipokryzji, serwilizmu, akceptacji iluzji, eliminacja aberracji w postaci zbyt odstających od szablonu cech indywidualnych, czy spontanicznych przejawów samodzielnego myślenia, to są główne cele edukacyjne. Szkoła służy ponadto utrwalaniu oficjalnej ideologii systemowej, która sprowadza się do promowania uczestnictwa w powszechnym wyścigu szczurów, przedstawianego jako jedyny właściwy/możliwy model koegzystencji społecznej.

Ten system edukacyjny odcisnął już wyraźne piętno na ostatnich pokoleniach, zatem także rodzina nie daje szansy na wyjście poza świat iluzji ustanawiany przez szkołę, media i inne systemowe struktury. Tym samym naciskom podlega środowisko rówieśnicze, a indoktrynacja, prowadzona na znacznie większą skalę niż drzewiej i znacznie doskonalszymi środkami, ma na celu eliminację umiejętności krytycznego myślenia już w zarodku.

Nowością ponowoczesnych technik manipulacyjnych jest rozmywanie i mieszanie znaczeń. Dwójmyślenie, które zdiagnozował Orwell, miało jedną słabą stronę – było myśleniem i zawsze mogło nastąpić uświadomienie sobie fałszu jednego z biegunów tego myślenia, jego nieadekwatności wobec otaczającej rzeczywistości. Obecnie prawda i fałsz nie determinują dyskursu społecznego, takie staroświeckie pojęcia, jak tożsamość, adekwatność, a za nimi (pozbawione punktu odniesienia) uczciwość, godność, honor, utraciły rację bytu, wyparte przez użyteczność, skuteczność, interes, wygodę.

Myślenie „na własną rękę” zastąpiło opieranie się na opiniach specjalistów, którzy zdobyli odpowiednie kwalifikacje do głoszenia sądów. Odpowiedniość kwalifikacji musi być potwierdzona przez odpowiednie gremia. Opinie, czyli mające autorytet instytucjonalny interpretacje, zastępują własne przemyślenia. Jest to wygodne, a wobec ilości informacji, których dostarczają media, wydaje się wręcz niezbędne. Oczywiście te same informacje można interpretować na różne sposoby, dlatego jest wiele gremiów, wydających certyfikaty odpowiedniości specjalistom formułującym skrajnie sprzeczne interpretacje. Ośrodki tzw. opiniotwórcze łącząc szeregi różnych interpretacji w spójne logicznie koncepcje tworzą wzorce światopoglądów, spośród których wolno nam wybierać. Konfekcjonowane wizje świata dostosowane są do różnych potrzeb społecznych i służą nie tyle ujawnianiu się tych potrzeb, co ich kanalizacji. Konstrukcja każdej wizji stanowi zamkniętą na konkurencyjne wizje strukturę i wymaga od użytkowników głównie lojalności. Światopoglądowe filtry nie tylko ograniczają skutecznie ilość informacji, które są odbierane, zwalniają od samodzielnego myślenia, ale również dostarczają gotowych wzorców reakcji na pojawiające się wyzwania.

Wskazują jak zachowywać się w konkretnych sytuacjach, jak odnosić się do innych, określają reguły właściwego odczuwania i zastępują, w coraz większym stopniu, bezpośrednie reakcje emocjonalne. Można współczuć dręczonym zwierzętom, które pokazują w TV, ale odwracamy się od leżącego na ulicy człowieka. Można wspierać akcje charytatywne, ale mało kto reaguje, gdy widzi, że na jego oczach kogoś biją. Uczucia zastępowane są przez poglądy, a te poglądy trzeba mieć, bo bez nich nie ma poczucia tożsamości. Zaś w obecnym pokręconym świecie są to chyba jedyne elementy pozwalające na autoidentyfikację.

Na pytanie „Kim jestem?” można sobie odpowiedzieć: „Jestem prawdziwym Polakiem”, albo: „Jestem człowiekiem nowoczesnym”, albo bardziej subtelnie: „Jestem umiarkowanym postępowym konserwatystą”…

Kiedyś, stojąc w kolejce do szklarza, wdałem się w rozmowę z dwojgiem młodych ludzi. Kiedy młodzieniec, chyba z nudów, zapytał mnie o pogląd na jakiś temat, nie pamiętam już jaki, odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie mam żadnego poglądu ani na ten temat, ani na żaden inny, ale jeżeli chce, to na poczekaniu mogę wymyślić parę, nawet wykluczających się nawzajem… Towarzyszka młodego człowieka popatrzyła na mnie z lekkim niedowierzaniem i westchnęła: „Pan nie ma poglądów, to znaczy Pan jest taki… śliski”. Trudno mi było wyjaśnić tym młodym, sympatycznym ludziom, że po wielu latach studiów filozoficznych i pracy w marketingu mam awersję do wszelkich poglądów, szczególnie gdy nie są oparte na bezpośrednio dostępnych danych, a o te coraz trudniej. Mogę analizować, interpretować, stawiać hipotezy i próbować je weryfikować, a nawet, w oparciu o te efekty przemyśleń, konstruować ad hoc jakieś modele, ale żeby na tej podstawie dokonywać jakichś ustaleń i potem jeszcze się przy swoich „racjach” upierać?… Kolejka minęła zbyt szybko, by wyjaśnić wszystkie źródła mojej bezideowości i chyba nie zdołałem rozwiać wątpliwości co do słuszności mojej postawy. Inna sprawa, że nawet siebie samego czasem nie mogę przekonać, bo taka postawa wydaje mi się dość niewygodna i nieekonomiczna.

Wracając jednak do tematu – ktoś, kto nie ma poglądów w świecie domagającym się jasno określonych odpowiedzi musi wydawać się podejrzany, coś kręci, knuje, ukrywa, jest nieokreślony… Zatem poglądy trzeba mieć, choćby dlatego, że lepiej je mieć i być kimś, niż nie mieć i być nikim! Ta prosta zasada powoduje, że wszyscy przyjmują jakieś poglądy, niezależnie od tego, czy za poglądami stoją silne, czy słabe racje, ważniejsze jest, czy pogląd ułatwi odpowiedzi na wystarczająco dużo kwestii. Zatem musi być wygodny, łatwy w użyciu i musi mieć odpowiednio uniwersalne zastosowanie. Potem już idzie łatwo – przyjmujący pogląd są wśród „naszych”, a nosiciele konkurencyjnych poglądów uznawani są za „obcych”.

Niemożność weryfikacji poglądów ma swoje dobre i złe strony – są one niepodważalne, ale też uniemożliwiają osiąganie porozumienia innego niż na drodze konfrontacji. I tu dochodzimy do finalnego rozstrzygnięcia zarówno kwestii wyższości jednego poglądu nad innym, jak i samego myślenia.

Sytuacja klasyczna w demokracji, gdy posiadacze jednego poglądu triumfują, ale przestrzeni społecznej jest wystarczająco dużo miejsca, by pomieścili się w niej posiadacz odmiennych poglądów nie zmusza do myślenia. Wystarczy poczekać, aż racje konkurencji zdewaluują się w konfrontacji z rzeczywistością i spróbować własnych sił, w razie niepowodzenia zrzucając winę na podstępną konkurencję, która tak bardzo zepsuła rzeczywistość, że nie ma możliwości, by ją racjonalnie odrestaurować. Inaczej jest, gdy ta przestrzeń zostaje zajęta w całości przez jakąś uniwersalistyczną, jedynie słuszną, ideologię. Wtedy posiadacze odmiennych poglądów są zmuszeni do myślenia. Głównie myślą o tym, co mają robić, ale też muszą się zastanowić, co dla nich ma rzeczywistą wartość. Dla większości zwykle największą wartość ma święty spokój, jakaś mała stabilizacja i ta cała otoczka, która stwarza wrażenie poczucia bezpieczeństwa. Ci ruszają do walki o „swoje” wartości dopiero, kiedy czują się w tym poczuciu bezpieczeństwa zagrożeni. Nawet miś Puchatek ruszy się od dzbanka, gdy w dzbanku nie zobaczy już „małego co-nieco”.

Niewielka, ale zwykle dosyć głośna, część staje do walki, gdy ma wrażenie, że naruszone zostały wartości konstytuujące jej poczucie tożsamości. Czując zagrożenie dokonuje wyboru granicznego – uznaje, że dla tych źródłowych wartości warto poświęcić inne wartości, włącznie z naczelną, jaką stanowi własne życie. Podjęcie decyzji, że warto umrzeć za ojczyznę, za demokrację albo za wolność nie zawsze oczywiście wynika z przemyślanego wyboru, bo często wiąże się z jakimiś środowiskowymi naciskami, ale wymaga odwagi i do myślenia (choćby o konsekwencjach) niewątpliwie pobudza.

Zatem dla procesu pobudzania do samodzielnego myślenia, a myślenie takie w dużej mierze sprowadza się do myślenia o wartościach, demokracja nie jest tak dobrym medium, jak jakakolwiek, choćby bzdurna dyktatura. Demokracja rozleniwia umysłowo, choć daje możliwość ekspresji rozmaitych pragnień (co nota bene czasem wygląda groteskowo), dyktatura z kolei co prawda ogranicza te możliwości, ale dzięki temu ograniczeniu doprowadza do oczyszczenia dyskursu społecznego z medialnych dupereli, krasomówczego pustosłowia i ideologicznych frazesów – dzięki czemu mogą dojść do głosu istotne, ważne dla każdego treści.

Wybory już zostały dokonane i czas obietnic minął, ale za to Święta za pasem, wobec czego można by sobie czegoś pożyczyć. Dlatego skorzystam z okazji by życzyć JK Prezesowi, dla dobra nękanego od dziesięcioleci pełzającą głupotą Narodu, w imię przebudzenia pogrążonych w drzemce rozumów i sumień, wielu sukcesów na drodze ograniczania swobód obywatelskich i skutecznego zaciskania ideologicznego pasa. A reszcie Europy życzę więcej uchodźców, by miała się czego bać i by Europejczycy zaczęli się wreszcie zastanawiać nad własną, zapomnianą tożsamością. Ale to już inny temat, choć też o myśleniu…

 

Ps. Z całkiem innej beczki do tych życzeń dołączam jeszcze, napisany 34 lata temu, wierszyk. Dedykuję go wszystkim niepoprawnym optymistom.

 

Opłatek

Nie załamujcie się

Nie załamujcie rąk

Nie załamujcie głosu

Połamcie opłatek

jest kruchy jak nadzieja

 

Jarosław Olejniczak dla Pressmix.eu 2015

Grupa Medialna Pressmix

Komentarze

komentarze