Komu to służy i kto za tym stoi, czyli znów o wolności

Komu to służy i kto za tym stoi, czyli znów o wolności

przez -
0 263

Pytanie „komu to służy i kto za tym stoi?” przypomina czasy komuny.

Wówczas od tego pytania zaczynała się lub wokół niego obracała publicystyka mająca piętnować wszelkie działania niezgodne z aktualną linią władzy. Ostatecznie wiadomo było kto jest tym złym i komu zawsze ostatecznie, wbrew pozorom, które mogą mylić, służyły takie działania.

Amerykańskim imperialistom najczęściej, no bo komu innemu? Przecież nie miłującemu pokój Związkowi Radzieckiemu, prawda?

Wydawałoby się, że dziś nikt nie stawia takich pytań wprost, ale warto byłoby rozumieć komu to wszystko co się dzieje dziś na świecie służy i kto za tym tak naprawdę stoi. Niestety mamy jedynie przesłanki, na podstawie których możemy wyciągać wnioski. Prawda jest jeszcze za grubą kurtyną, ale kiedyś też ją poznamy. Czas ujawnia prawdę, mówi nawet wówczas, gdy się go o nic nie pyta. Kiedyś będzie wiadomo, dziś możemy tylko rozważać, podglądać zza kurtyny, domyślać się. Ale za 10, 20, 50 czy 100 lat będzie wiadomo. Wtedy, gdy ta wiedza nikomu już nie zagrozi.

Oto, co mi wychodzi, gdy się nad tym zastanowię, zajrzę za kurtynę i spróbuję wyprzedzić czas.

Komu więc służą niedawne zamachy terrorystyczne i kto za nimi stoi?

Służą oczywiście organizatorom, Państwu Islamskiemu. Reakcja władz Francji była dokładnie taka, jaką chcieli wywołać organizatorzy. Jasno i jednoznacznie ogłosiły one, że to jest WOJNA i  rozkazały swoim wojskom atakować PI w Syrii. Dzięki temu władcy ISIS mogą głosić, że prowadzą prawdziwą wojnę, do której przypną dowolne określenie, najchętniej religijne, bo to najłatwiej wykorzystać. W ten sposób będzie im łatwiej przyciągać do siebie coraz więcej wszelkiego rodzaju wariatów, religijnych szaleńców i inne mięso armatnie, którego wciąż będą potrzebować. Po to, by ugruntować swoje zwycięstwo będą musieli oczywiście powtórzyć zamachy – nie należy mieć co do tego żadnych wątpliwości.

Nie należy robić sobie żadnych złudzeń – religia jest tu wyłącznie pretekstem, prawdziwe wojny nigdy nie toczą się o żadne idee, wojny toczą się o władzę i pieniądze. Wszystko inne to dorabiana legenda. Zawsze.

Może nas dziwić skąd bierze się więc tylu ludzi gotowych do gwałtów, mordowania, i samobójczych ataków. Zapewne mniej by nas dziwiło, gdybyśmy mieszkali na Bliskim Wschodzie i musieli na co dzień mieć do czynienia z konsekwencjami działań państw zachodnich (szczególnie USA, ale i innych państw NATO również), które doprowadziły (bezpośrednio jak i pośrednio) do obecnie już MILIONÓW zabitych w imię pomszczenia kilku (zmyślonych skądinąd) niemowląt wyrzuconych z inkubatorów w Kuwejcie oraz prawie 3000 zabitych w WTC, gdzie zamachowcami byli obywatele Arabii Saudyjskiej, państwa, na które nikt w ogóle nie wskazał palcem (gdyż jest wasalem USA).

Zachód jest znienawidzony przez wielu mieszkańców Bliskiego Wschodu i sobie sam na tę nienawiść latami, przez całe dziesięciolecia zapracował. Ta nienawiść jest wciąż podsycana, a ataki takie, jak 13 listopada są przez wielu odbierane jako wyraz sprawiedliwości bożej.

Zamachy służą władzom Francji (a może lepiej tym, którzy tam naprawdę rządzą – bo to niekoniecznie te same osoby, które widać w telewizji i na pierwszych stronach gazet). Francja wydaje się być dzisiaj poligonem, na którym sprawdzane jest w jaki sposób można zlikwidować najbardziej niebezpieczną broń, jaką stworzono i wykorzystano w czasach konfliktu USA-ZSRR. Broń, dzięki której po części blok kierowany przez USA tę wojnę wygrał, ale broń, która jest bardziej niebezpieczna nawet od bomb atomowych, które wystarczy fizycznie zdemontować. Wolność.

Wolność słowa, wolność przemieszczania się, wolność myślenia, wolność bycia sobą, wolność religijna, to były te idee, którymi zachód zaraził ZSRR i państwa satelickie, i broń ta zadziałała równie skutecznie co wyścig zbrojeń.

Wielu osobom wydaje się, że brak wolności był czymś nienaturalnym na zachodzie i czymś, co wręcz odwrotnie było podstawą istnienia bloku sowieckiego. Wydaje się to tak oczywiste, że zazwyczaj nie podlega w ogóle dyskusji, a jednak może warto się nad tym zastanowić.

Gdy przypominamy sobie czasy PRL (ci, którzy je jeszcze pamiętają), to tym, czego nam najbardziej tak naprawdę brakowało był brak wolności podróżowania. Chcieliśmy móc pojechać na Zachód, gdzie było wszędzie mnóstwo dóbr, które tam były, a których u nas nie było, bo u nas zlikwidowano również wolność przedsiębrania.

Jak już udało się załatwić paszport i tam, na ten Zachód jechaliśmy, to faktycznie niekiedy wpadaliśmy w Paryżu na Boulevard Saint Germain do Księgarni Polskiej (niesłusznie nazywanej Księgarnią Kultury Paryskiej) i kupowaliśmy wydawnictwa Kultury Paryskiej. Potem w nocy, pod kołdrą, żeby nikt nie zauważył, czytaliśmy spis treści, po czym stawialiśmy książkę na półce, żeby dobrze wyglądało i żeby goście byli pod wrażeniem. Czasami pożyczaliśmy sekretarzowi POP, który też u nas bywał, żeby facet sobie poczytał, jeśli wcześniej nie miał do niej dostępu w bibliotece Komitetu Wojewódzkiego PZPR.

Ale jak już udało się załatwić paszport i tam, na ten Zachód jechaliśmy, to głównie żeby się nachapać jak najwięcej pieniędzy, najlepiej tyle, by móc potem postawić willę, albo przynajmniej kupić mieszkanie. Gdy pewien znajomy lekarz wracając z wieloletniego kontraktu w Północnej Afryce postanowił wydać ciężko zarobione przez lata dewizy na to, by w drodze powrotnej do Polski zwiedzić całą Europę jadąc przez nią przez wiele tygodni, jedyną reakcją, z którą się spotykał było pukanie się w czoło. A on przecież chciał tylko skorzystać z wolności, do której miał przez moment dostęp.

Brak wolności wydawał się czymś naturalnym w komunie, jej obecność wydawała się czymś naturalnym na Zachodzie.

Okazuje się, że nie wszystko jest jednak takie proste, jakby się mogło wydawać. Gdy się temu wszystkiemu lepiej przyjrzeć, to można zobaczyć w tym wszystkim pewną sztuczkę. Oszustwo, pułapkę.

Zupełnie naturalnie wyobrażamy sobie na przykład, że Polska przed II Wojną światową była państwem wolności, nadając temu pojęciu znaczenie takie, jak je rozumiemy dzisiaj. A to nieprawda!

Gdybyśmy mieli dobrze przeanalizować zakresy wolności w II Rzeczpospolitej, to ze zdumieniem stwierdzilibyśmy, że jak najbardziej można wówczas było iść do więzienia za wyrażanie opinii. Lepiej! Można było być zamkniętym w obozie w Berezie Kartuskiej za sam fakt bycia opozycjonistą! I co najdziwniejsze nie powodowało to masowych protestów, bo zwyczajnie ludzie nie wiedzieli czym jest wolność taka, jaką my dziś ją rozumiemy.

Przed II wojną światową również prawo własności (co też jest dziś przez wielu rozumiane jako jeden z przejawów wolności) nie było wcale tak powszechnie szanowane – na początku lat 30 rząd USA skonfiskował obywatelom złoto, które posiadali w zamian za niewielką rekompensatę, i zakazał mieszkańcom USA posiadania złota. Nikomu do głowy nie przyszło krzyczeń o zamachu na wolność…

Wolność to pojęcie BARDZO względne, bardzo zależne od tego, co sobie wyobrażamy. Wydaje się, że z całą pewnością wolność polega na możliwości swobodnego przemieszczania się, jednak różne inne „wolności” są uzależnione od sposobu ich postrzegania.

Gdy spojrzymy dziś na komunistyczne Chiny, to gdyby ludziom w PRL zaproponować taki model, byliby najszczęśliwszymi na świecie i uznali, że osiągnęli to, czego chcieli. A przecież Chiny są nadal komunistyczną dyktaturą, w której partia komunistyczna ma pełnię władzy nad życiem i śmiercią, nawet tych najbogatszych obywateli. I z tej władzy korzysta! Różnica w stosunku do tego, co znaliśmy jest jedynie taka, że jest znaczny zakres wolności przedsiębrania i wolność przemieszczania się.

Przykład Chin pokazuje nam, że komuna wcale nie musiała wyglądać tak, jak wyglądała, że komuniści mogli działać inaczej, tylko być może zwyczajnie byli za głupi, albo może zbyt zarozumiali. Albo jeszcze z innych przyczyn… Nieważne czemu.

Ważne, że pozwoliło to Zachodowi wypuścić z butelki dżina wolności – wolności słowa, myśli, zgromadzeń, działalności, zrzeszania się, przedsiębrania, bogacenia się, propagowania pornografii, zboczeń, wolności pokazywania na ulicy gołych genitaliów, ogólnie wolności od wszystkiego i do wszystkiego. Komuniści z ZSRR i ich sojusznicy nie potrafili tej broni odeprzeć (bo nie ma przed nią faktycznie skutecznej obrony) i polegli. Komuniści z Chin potrafili się dostosować – dobór naturalny zadziałał nawet na skalę historii świata.

Dziś broń trzeba przenieść do arsenału i dokładnie zabezpieczyć, ale to nie jest takie proste. Wolność, a szczególnie wolność słowa i idei to może być zabójcza broń, która nie mając kogo razić na zewnątrz zaczyna uderzać gdziekolwiek. Jej zasięg jest spotęgowany przez rozpowszechnienie środków przenoszenia informacji. Pojawiają się więc, jak króliki z kapelusza, zjawiska, które pozwalają na przeprowadzenie tego rozbrojenia.

Pierwszą próbą rozbrojenia wolności słowa było przejęcie w zasadzie wszystkich znaczących na świecie mediów przez ludzi, którzy rządzą światem. Właścicielami najważniejszych mediów na świecie są dziś producenci broni i banki (zachęcam każdego do sprawdzenia, to naprawdę bardzo interesujące odkrywanie prawdziwego UKŁADU rządzącego). Czemu banki i producenci broni chcą kontrolować media? Dla nikłych (stosunkowo dochodów) przy ogromnych nakładach, w sytuacji, gdy ze swojej własnej działalności mają największe na świecie dochody i władzę nad nim?

Pierwszym, najbardziej widocznym efektem tej sytuacji jest widoczne dla każdego, zainteresowanego choć trochę mediami, znikanie w redakcjach działów śledczych i w ogóle reporterów i ogólniej jakichkolwiek zewnętrznych źródeł informacji. Informacje trafiają do redakcji już zredagowane, gotowe do publikacji. Te same dla wszystkich. Stąd dziś mamy w mediach tak jednorodne stanowiska w najważniejszych sprawach globalnych. Francuski prawicowy Le Figaro i francuski lewicowy Liberation piszą właściwie dokładnie to samo na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie czy na temat sytuacji światowych finansów.

Ponieważ jednak nie dało się powstrzymać korzystania z wolności słowa i opinii w wystarczającym stopniu, gdyż przeszkodził temu Internet, ale i ogólnie rozwój różnych nowoczesnych sposobów przenoszenia informacji, konieczne jest ograniczenie tych możliwości.

Spektakularne zamach terrorystyczne są doskonałym pretekstem do takich działań.

Zamach na WTC 11 września 2001 były pretekstem do wprowadzenia Patriot Act w USA. Był to najwyraźniej wystrzał rozpoczynający wyścig w niszczeniu wolności. To od tego czasu trzeba zdejmować buty na lotniskach w USA, to od tego czasu nie wolno przewozić butelki wina czy scyzoryka.

Zamachy ze stycznia 2015 w Paryżu (Charlie Hebdo) były pretekstem do NATYCHMIASTOWEGO przedstawienia przez rząd francuski w parlamencie i uchwalenia ustawy, której celem jest ograniczenie wolności obywatelskich (Loi Renseignement). Projekt ustawy pojawił się kilka dni po zamachach – oczywistym jest, że był wcześniej przygotowywany, czekano tylko na pretekst.

TRZY DNI po zamachach z 13 listopada 2015 prezydent Francji zebrał Kongres – połączone posiedzenie obu izb parlamentu – by poinformować o planowanej przez niego zmianie Konstytucji. Jeśli komuś się wydaje, że zrobione to zostanie w celu powiększenia obszaru praw i wolności obywatelskich, to z całą pewnością nie rozumie, co się dzieje.

Tak, zamachy służą ludziom rządzącym światem. Mogą dzięki nim przywrócić stan, który wydaje im się naturalny i zdrowy. Stan który ładnie podsumował Stanisław Anioł w Alternatywy 4

W Polsce, jak się wydaje, niszczenie wolności nie przebiega tak spektakularnie i gwałtownie jak we Francji. Myślę, że zwyczajnie świadczy to jedynie o tym, na jakim uboczu faktycznie leżymy. Może choć tym razem jest się z czego cieszyć?

 

Adam Pietrasiewicz pressmix.eu 2015

Komentarze

komentarze