Wiejski projekt

Wiejski projekt

przez -
0 701

Ekowioski. Temat jest rozległy i wart dłuższej rozprawy, Choćby w kontekście przetrwania nadchodzących galopem trudnych czasów. Interesuje mnie on od dość dawna. I co jakiś czas aktualizuję posiadane dane i informacje.
Robię to nie dlatego, że chciałabym w czymś takim osobiście uczestniczyć (choć gdyby się trafiło to czemu nie?), ale dlatego, że z pewnego pokrewieństwa wyobraźni utopistki mam pociąg do poznawania realiów tych projektów i przedsięwzięć.

Niniejszym wymieniam codzienne obowiązki człowieka wiejskiego

W przerwach pomiędzy dojeniem kóz, karmieniem psów, kotów, kur, indyków, gęsi albo kaczek, sprzątaniem, rąbaniem drewna, paleniem pod płytą (aby oprócz ugotowania posiłku i karmy dla zwierząt nagrzać przy okazji wody w bojlerze na wieczorną kąpiel), paleniem w piecu chlebowym (by napiec chleba, upiec bułeczki, ciasto, pizzę albo mięso, a jesienną porą suszyć jabłka czy grzyby), kilkugodzinnym pasieniem kóz na ugorze i podleśnych ostępach, kolejnym karmieniem całej watahy, dojeniem i zapędzaniem na nocny spoczynek pod dach oraz codziennym warzeniem sera zdołałam jakoś przestudiować wiele dostępnych stron internetowych w temacie: ekowioski.

Kim nie jestem

kurna.chataNie jestem trendziarą, idealistką społeczną (jeśli już to a-społeczną), mam usposobienie pustelnicze i nigdy nie interesowało mnie stowarzyszanie się, mam też już swoje lata, które sprawiają, że z wielu rzeczy wyrosłam.
Także mnóstwo rzeczy w okresie dziecinno-młodzieżowym poznałam i przeżyłam w starym dobrym ZHP, na obozach letnich w lesie i w innych działaniach harcerskich.

 

 

domek_hobbita

Więc nie marzy mi się, żeby budować

(ani tym bardziej mieszkać w nich)
chat kurnych z epoki brązu czy średniowiecza (a nawet domku hobbita też nie, bo nasłuchałam się od sąsiadów jak to się w ziemiankach mieszka wespół z wężami, ślimakami i ropuchami, zwłaszcza w mokry rok i na przedwiośniu),

średniow.prace

ostrzyć miecz czy pleść kolczugę albo przebrana w lniany strój bajać społem przy ognisku, tudzież wzywać stare bogi zdezaktualizowaną mową ojczystą.

Oczywiście, to są fajne pomysły na wakacje, dla pasjonatów itp., no, i przede wszystkim dla ludzi młodych.

 

Podobały mi się i bawiły mnie działania typu: zakładanie plemienia słowiańskiego w gronie studentów i studentek i świętowanie wspólnie Kupały, nurzając się nago w leśnym jeziorku i pijąc przy ogniu starosłowiańskie piwo miodowe marki Warka. Walki na miecze i topory u stóp starego zamku w lipcowy zapiątek również, czemu nie?

KupalaJednak to jest zabawa i tylko zabawa, nawet, jeśli znajdą się w gronie tacy zdolni, którzy baje własne układają, kalendarze stosują, słowiańskie bóstwa wielbią i wzywają, swoje miecze własnoręcznie kują, mało tego, w drewnianej chacie krytej słomą żyją ubrani w lniane koszule na co dzień i od święta.
Nie w tym jednak rzecz, bo przecież ludzie są różni i każdego co innego kręci. Zależnie od wyobraźni i rozmiarów jego ignorancji.

Projekt ekowioski

zakłada wcielenie idei wiodącej jakąś grupę w rzeczywistość. Nie jednorazowo, nie na rok-dwa, ale na całe życie. Być może całe życie własne i swoich potomków.
Poznałam kilka rodzajów założeń, statutów, słowem dekalogów i ksiąg praw takich powstających, lub chcących dopiero powstać wspólnot. Same w nich wielkie słowa, przewodzi cel zmienienia świata i uczłowieczenia cywilizacji wespół z duchowym rozwojem i nawiązaniem trwałej harmonii z Matką Ziemią. Oraz jej uleczenia wokół siebie w zgodzie z wizją Tysiącletniego Królestwa. Przeglądanie galerii zdjęć z realizacji takich projektów bawi mnie zwłaszcza w czas długich jesienno-zimowych wieczorów. Bawi i kształci, bo wiele pomysłów można podpatrzeć i zastosować u siebie. Oraz czytuję liczne forumowe dyskusje na różne tematy wiejskie przez miejskich pasjonatów uskuteczniane. Pouczające bardzo zwłaszcza w dziedzinie fantazji, które wiodą w przyszłość młode pokolenie.

Jak to jest w Polsce

my-slowianieWiększość realizacji idei ekowioski w Polsce, mimo wielu rozmaitych prób wprowadzenia planu w czyn, pozostaje w powijakach i na wstępnym etapie szukania ziemi lub zasiedlania nowokupionego domu oraz czekania na przekształcenia prawne statusu tego i owego. Odnosi się wrażenie, że w Polsce jest szczególnie trudno taką wspólnotową ideę wcielić w życie ze względu na wiele niemożliwych do przeskoczenia i ominięcia przepisów prawnych, związanych z zakupem i użytkowaniem ziemi, jak i budownictwem.
Zakłada się na ogół jakąś fundację, na bazie posiadanego większego obszaru pól i łąk, albo właściciel obszarnik zapaleniec ekowioski i miejscowy guru dobiera sobie współsąsiadów. odsprzedając im działki na zasadzie własnego widzimisię, próbując kontrolować ważną przecież dla siebie kwestię, kto przy nim zamieszka, w co wierzy i czym się żywi.

Pchają je do przodu pojedyncze osoby, pary i niewielkie grupki znajomych (2-4). Rzadziej jest to zorganizowana grupa mieszczuchów, działająca planowo, czyniąca drogie projekty i usiłująca zbudować swoje wymarzone miejsce, bardziej przypominające miasto na wsi, niż wioskę, w zgodzie ze swoim wyobrażeniem świata. Kilkuosobowe grupki liczą, że znajdą się tacy, którzy z czasem dołączą, pomogą w pracach polowych i budowlanych, przyniosą nowe pomysły (no, i kasę, o której publicznie prawie się nie mówi).

Wszystkie te portale są oficjalne i prowadzone w tonie mega-pozytywnym. Nie ma tam rzeczywistości (białej, czarnej i szarej, biała jest wybielona). Na zdjęciach królują młodzi i najmłodsi osobnicy. Ci, co ciągną sprawy bywają w poważniejszym wieku ok. 40-50 lat. Starszych się nie widzi. To właśnie oni chcą budować społeczeństwo przyszłości. Są lepiej osadzeni, mają pieniądze, by zacząć, wiedzą, co to ciężka i zorganizowana praca. I postanowili zrealizować marzenie swego życia, bo to ostatnia chwila, żeby to zrobić. Stając się na starość mędrcem nauczającym wspólnotową młodszą brać.

Baza ideologiczna

Podporą większości tych ideo-wspólnot są książki Władimira Megre i nauki Anastazji, którą pisarz ów wymyślił tak, jak swego czasu Carlos Castaneda indiańskiego szamana Don Juana.

Wladimir-MegreJednak wielu wspólnotowców wierzy, że tajemnicza bohaterka jego książek, kobieta z wyższego wymiaru, ucząca ludzi podstaw szczęśliwego życia w przyrodzie i z przyrodą, istnieje naprawdę, co zamienia ideę w wyznanie, a grupę w swoistą sektę wyznaniową. Już tacy przyziemni krytycy i samostanowiący sami o sobie osiedleńcy jak ja, z wielkim trudem odnaleźliby się w tym infantylnie słodkim i zmyślonym świecie.
Przedmiotem zazdrości polskich grup jest 300 takich wspólnot szczęśliwie powstałych i prosperujących w Rosji, na Ukrainie i Białorusi. Zazdrości, którą rozumiem, gdyż w tych po-sowieckich krajach można dostać od państwa hektar ziemi za darmo, zamieszkać bez wysiłku na odludnej wiosce wraz z ulubionym towarzystwem i zapuszczać korzenie w ziemi bez szarpania się z tradycją chłopskiego życia, która została w dużej mierze usunięta i wybita w okresie komunizmu.

Duchowym wsparciem dla naszych idealistów są bracia i siostry z dotowanych przez państwo komun eko-wioskowych z krajów zachodnich i izraelskich kibuców.
A zdecydowany prym w postanowieniach wiedzie budownictwo ze słomy i gliny, kopuły, permakultura (która ma wielu swoich guru w Europie i na świecie) i samowystarczalność żywieniowa.

PlanEkoWioskaW planach jest utworzenie wspólnotowego osiedla, najlepiej o geometrii pszczelego plastra, kwadratowe działki jednakowej wielkości, wytyczone starannie dróżki i drogi, samowystarczalność energetyczna, żywieniowa i wszelka inna (a więc do tego kowalstwo, tkanie z lnu i wełny oraz krawiectwo na mój rozum również musi być).

Zasady wspólnego życia

Większość zapaleńców jest wegetarianami, bądź nawet weganami, którzy wznoszą na sztandarach hasła ekologiczne i permakulturowe, leśnych ogrodów rodzących obficie wielkie ilości orzechów, szyszek cedrowych, jagód i innych owoców, uprawy zbóż bez przewracania ziemi łopatą i w ogóle fajnego lenistwa codziennego na wsi. Nie są tolerancyjni wobec mięsożerców ani nawet piwoszy, preferując zdrowe odżywianie się owsianką i kaszą gryczaną kupowaną w wiejskim sklepiku, urozmaicanymi wyhodowanymi w natchnieniu warzywami w przydomowym ogródku.
Niektóre wspólnoty prosperują w oparciu o religijne wartości, przeważnie hinduistyczne. Palą agnihotrę, mantrują, chronią Tybet, stawiają znaki anty-GMO na swoich działkach. Ale także Świadkowie Jehowy albo baptyści lubią blisko siebie mieszkać.

Eko-zapaleńcy wioskowi pragną wychowywać swoje dzieci na łonie przyrody, „nago, boso”, w kontakcie ze zwierzętami, jak to drzewiej bywało. Są zwolennikami nieszczepienia, ziołolecznictwa i szamańskich metod uzdrawiania, oraz uczą swoją dziatwę w systemie domowej edukacji. Marząc, aby skupiło się w pobliżu więcej podobnych rodzin i ich dzieci miały gdzieś blisko rówieśników.
Bowiem życie takiej pojedynczej rodziny osiedleńczej na tradycyjnej polskiej wiosce sprawia, że dzieci mają zbyt mały kontakt z rówieśnikami, zwłaszcza, gdy są jedynakami są niezdyscyplinowane, kapryśne i na tyle inne od dzieci chodzących zwyczajnie do szkoły, choćby ze względu na stosowanie diety, czasem wygląd zewnętrzny, zachowanie naśladowane od dorosłych i nieumiejętność zachowania się w grupie, że z trudem integrują się z szerszym światem już na etapie dzieciństwa. Trudno powiedzieć, co z nich wyrośnie w przyszłości.
Pewnie geniusze i połamańcy, jak z każdego z nas.

Wnioski osiedleńca

Oto one. Szkopuł w tym, by zebrał się zespół. Ba, by zebrało się troje. Bo dwoje to zwyczajne. O czworgu, dziesięciorgu nie marząc.
Internet jest o tyle kiepskim wynalazkiem, że siedzą w nim głównie ludzie miastowi. Ludzie ze wsi rzadziej, a rolnicy to tylko tacy, co z miasta zjechali. No, więc obraz rolnictwa i życia wioskowego w oczach mieszczucha jest spaczony i wypaczony. Nie ma do niego dostępu innego, jak samemu zjechać, zobaczyć i przymierzyć się.
A na takim spotkaniu zapaleńców marzących o ekowiosce od razu z punktu dzieją się zaskoczenia. I już na wstępie WIĘKSZOŚĆ odpada.

Łatwe życie

Łatwo jest sobie siedzieć przy ogniu ciepłym latem, owsiankę na źródlanej wodzie wcinać, herbatę ziołową popijać i gadać, gadać.

ogniskoO wspólnocie, rodach i radach zgromadzonych, co decydują. I o tych orzechach, co same błyskawicznie rosną i do gąbki wpadają. I o komputerze (rzecz jasna samowystarczalnie wytworzonym) napędzanym wiatrakiem, wodospadem albo słońcem.
Łatwo jest jechać na warsztat tego i owego, a to kopania rowków w ziemi, a to sypania wzgórka ziołowego, a to stawiania magazynu na meble ogrodowe z gliny i słomy (kombajnem ściętej i kostkarką ściukowanej). Żeby zapoznać się osobiście (ze sobą, bo nie z tematem). Czas spędzić miło i gadać, gadać, gadać znowu. I napędzać się.

Zaczynanie

Jak się ma kasę i jest się upartym i przedsiębiorczym (co wcale często w tym fantastycznie  podkręconym środowisku się nie zdarza) dość łatwo nawet pewne rzeczy samemu zacząć i zrobić. A potem skrzykiwać co roku internetowych młodych marzycieli z różnych polskich miast, żeby niby ich czegoś nauczyć (np. łopatę prawidłowo trzymać w garści albo drewno na opał przerąbać), a tak naprawdę szukać, szukać, szukać… tego trzeciego. Co by ruszył lawinę.

Fakty

Jak już się trafi jeden z drugim to gada, gada, gada i gołodupiec przeważnie jest. A na dokładkę zamiast na ciesielce czy rżnięciu piłą najlepiej zna się na dęciu we flet albo pukaniu w bęben.
No, więc wybór jest marny. Bo masz sztukę na co dzień, górnowzlotne rozmowy całą gębą dzień i noc, i zaiwaniasz na chleb sam, nie dla siebie, dwojga, a na troje-czworo, co natchnione piosnki śpiewają albo śpią lub spacerują, gdy inni fizycznie rzetelnie pracują, by zrealizować jakiś zamiar.
Rzeczywistość skrzeczy. Rozczarowanie jest częstą goryczą.

Doświadczenia

Miastowi młodzi ludzie w przeważającej większości nie nadają się do pracy na wsi. To już wiem. Porównawszy w praktyce pomoc wolontariusza wegetarianina, który musi coś zjeść co dwie godziny, bo mu się ręce trzęsą z wyczerpania, śpi długo i szybko pracę kończy, bo jutro też jest dzień. I pracę chłopaka z wioski, zaprawionego do ciężkiej pracy od dziecka, któremu nie żal za wytrwałą robotę niezależnie od pogody dać papierosy, piwo, obficie nakarmić raz w ciągu dnia i jeszcze mu zapłacić ustaloną dniówkę.

Miastowi tego nie tylko nie umieją, ale i siły nie mają. No, i stosownej zawziętości w sobie, żeby swoje miejskie nawyki przezwyciężyć. I choćby wstać o tej przyzwoitej siódmej-ósmej rano (już nie mówię przecież 4-tej), a nie w południe. I nie kąpać się choćby raz dziennie.

Z kolei wieśniacy nie muszą ekowiosek zakładać, bo często mają je na co dzień choćby w naszej polskiej wschodnio-południowej krainie. Co prawda przydałoby im się więcej oświecenia w tematach budownictwa, nowoczesnych i alternatywnych rozwiązań rolniczych, ekologicznych upraw i hodowli zwierząt, bo wciąż małpują swoich ojców i dziadów bezkrytycznie, nie szukając innych przykładów do naśladowania i rozwijania.

Dzięki Bogu

Ostatecznie, fakt jest taki: realizuję projekt eko-wiejski osobiście i dziękuję Bogu, że choć drugą osobę z miasta udało mi się do niego namówić. A wioskę i to ekologiczną mam za płotem. O prastarych korzeniach i osadzoną w ziemi przodkami i duchami, a nie słowami.

Co do tego, kto przetrwać może koniec świata też jakoś ciągle nie mam wątpliwości. Stawiam na zwykłego chłopa. Co z ziemi jest i skromnie żyje, pracując w pocie czoła wśród pól i lasów.

Komentarze

komentarze

PODOBNE ARTYKUŁY