kozy.jpg
Dlaczego hoduję kozy, a nie na przykład konie czy lamy, alpaki albo strusie? To typowy rozrzut hodowlany u osiedleńców-pionierów, zdobywców na nowo ojczyźnianej ziemi niczyjej.

Dziś mały wykład dla potencjalnych koziarzy rodem z miasta, którym się marzy własne małe gospodarstwo, a z niego mleko i sery.

Początki

Zaczęło się od potrzeby swojego mleka, jeszcze na „cudzym”. Ziemi wtedy miałam do dyspozycji tyle, ile przydzielano kiedyś emerytowanym rolnikom, pół hektara wokół chaty. W większości była to łąka i kawałek starego sadu. Jednak tej łąki było tyle, że mogła wykarmić więcej zwierząt, niż tylko 6 kur, które sobie na początek gospodarowania sprawiłam.

Planowanie

Krowa wydawała mi się i nadal wydaje wielka i straszna w swojej wielkości. Może kopnąć, machnąć ogonem przy dojeniu i człowiek wychodzi z obory niespodziewanym kaleką. Trzeba być z nią oznajomionym od dziecka, dobrze czytać reakcje i odpowiadać w jej języku. Albo być przynajmniej silnym i młodym, aby ją okiełznać.
Krowa daje za dużo mleka na potrzeby jednej czy dwóch osób. A za to żre tyle, że trudno tym dwóm osobom zebrać własnymi mięśniami stosowną ilość siana na zimę. Mam na myśli osoby nie ze wsi, takie jak ja, rozwijające do tej pory mózg, a nie bicepsy. No, i kiedy się cieli stwarza wiele problemów. Trudnych do ogarnięcia dla kobiety.
To był poważny argument za kozą.
Koza jest nieduża, łatwa do opanowania, a do tego miła i kontaktowa.
W życiu realnym prędko pojawiły się jednak argumenty przeciw. Trzeba im było sprostać.

Za i przeciw

Koza jest ruchliwa, nie znosi uwięzi, bo nie pasie się wtedy. Woli przy tym zjadać krzewy, ogryzać korę z młodych drzew, niż paść się jak Pan Bóg przykazał na płaskiej łące.
Na pierwszy rzut poszedł ogródek kwiatowy z odwiecznymi babcinymi irysami i narcyzami, także przebiśniegi, krokusy, zginęły też spod okien chaty malwy, bezpowrotnie. Padło winne grono, maliny i krzewy porzeczek, czerwonych i czarnych. Również dziki bez.

Otóż przy kozach pojawia się ważki problem ogrodzenia. Skutecznego ogrodzenia.
Może nim być zwykły płot ze sztachetami (estetyczny), o ile nic przy nich kupą nie zalega takiego, na co można by się wspiąć i przeskoczyć go. Metr dziesięć, metr dwadzieścia wystarczy I furtka musi być szczelnie zamykana. Każda niedoróbka, czy słabość płota (wyłamana sztacheta, osłabiony słupek, niedomykająca się furtka) prędzej czy później jest wykorzystywana przez kozią inteligencję do sforsowania ogrodzenia i szczęśliwego buszowania po cudzym.
To jest bardzo poważny argument przeciw.

Za to koza je tyle na tydzień, co krowa w ciągu jednego dnia. Siano może być zbierane późno, przerośnięte, zachwaszczone, tym lepiej im smakuje. To zaleta. Podlaskie leśne gleby bywają mało żyzne i na taką trafiłam. Od wieków udawała się na nich głównie hodowla owiec i kóz. Ponieważ mieszkam w pobliżu lasu mogę także korzystać z dostatku zielonych gałęzi, które one z apetytem pałaszują, a w zimie – przy licznych wycinkach drzewostanu w okolicy – to duży zastrzyk pokarmowy i urozmaicenie jadłospisu dla moich kóz.

Mleczność

Dojność kozy w dużej mierze jest mityczna. Mieć kozę, która daje 3 litry mleka dziennie, nie zasusza się sama w okolicach grudnia, a nawet można ją doić dwa-trzy lata bez zakocenia to spory ewenement, w rodzaju krowy-rekordzistki. Co prawda inne zdanie mają hodowcy kóz rasowych, szczycący się papierami rodowodowymi swoich pupilek. U nich kozy dają o każdej porze roku tyle mleka, że aż trudno w to uwierzyć bez sprawdzenia. I to każda, łeb w łeb. Oraz także, co znam z praktycznego doświadczenia, różne cuda na kiju się dzieją. O których wypada publicznie zmilczeć. Bo cena takiej kozy przekracza dziesięcio- a nawet dwudziestokrotnie cenę kozy lokalnej, zależy od siły reklamy snobistycznego hodowcy i głębokości wiary klienta.

Codziennym doświadczeniem z kozami tzw. ras lokalnych, czyli mieszańców hodowanych przeważnie przez rolników jako dodatek do gospodarstwa, tak jak kury czy indyki, bez stosownej wiedzy i dbałości jest fakt, że dają w najlepszym wypadku 1,5 litra mleka na dzień przez ciepły sezon i przez zimę do kolejnych wykotów i do pierwszej trawy jest się bez mleka zupełnie.

Rozwiązaniem, które z powodzeniem zastosowałam okazało się kupienie rasowego samca i pokrycie nim rozmnożonego już stadka kóz lokalnych. Stało się to wtedy, gdy zakup ziemi pozwolił mi je powiększyć.
Ich potomstwo zyskało już bardzo dobre parametry, w zupełności wystarczające na moje potrzeby. Nie dość, że dojność wzrosła w szczycie sezonu średnio do 3 litrów (rekordzistki dają przy dobrym karmieniu ok. 5 litrów), to kozy zyskały odporność kóz lokalnych na wszelkie niedogodności, które w przyrodzie i życiu się przytrafiają, a więc gorsze jedzenie, suszę, zimno, gorąco. O wiele mniej chorują od kóz rasowych, kocą się samodzielnie i zdrowo, są dobrymi matkami, zapalenia wymienia zdarzają się naprawdę rzadko i tylko z przyczyn mechanicznego uszkodzenia.

Plenność

Ponadto kozy mnożą się częściej i łatwiej, niż krowy. Ich ciąża trwa 5 miesięcy, a nie 9. Rodzą łatwo, przeważnie dwójkę koźląt. Zdarzają się im z rzadka trojaczki, a nawet czworaczki. W tym tempie przyrastają do kwadratu ilościowo. Z jednej kozy na drugi rok można mieć 3, na trzeci rok 6, na trzeci rok – 12… Oczywiście to teoria. Bo są wśród potomstwa ciąże pojedyncze oraz rodzą się także koziołki.

A z koziołkami trzeba coś zrobić. I trzeba się tego nauczyć. Nie ma to tamto. Warto podkreślić tu fakt, że hodowla kóz oprócz mleka i sera daje również mięso. Czerwone, zdrowe, chude, soczyste i naprawdę smaczne.

Rezultaty

Zaczęłam od kupienia jednej dojnej kozy z koźlęciem płci męskiej, jednej zakoconej kozy i jednej jałóweczki, bezrasowych oczywiście. Dziewięć lat temu.
Obecnie, w 2015, moje podrasowione kozłem alpejskim stado trzyma stałą ilość, do 10 sztuk dorosłych, na wiosnę z młodzieżą oczywiście odpowiednio więcej. Koźlęta idą na sprzedaż, niektóre zostawiam do dalszej hodowli, a niektóre pozwalają mi przeżyć zimę bez zaopatrywania się w sklepie w wątpliwej jakości mięso i wędliny.
Mam z nich mleko od wczesnej wiosny po listopad. Robię z niego jogurt, kefir, twaróg i sery podpuszczkowe, które dojrzewają w piwnicy nawet kilka miesięcy i dają zapas naturalnej żywności na całą zimę. Dla mnie i rodziny. Co do mleka, zamrażam je w pewnej ilości i w razie potrzeby reaktywuję w czas mlecznej posuchy.

 

 

Komentarze

komentarze

PODOBNE ARTYKUŁY