Tosiek - Okiem Kozy

Przez ostatnich dziesięć lat, spędzonych na podlaskiej wiosce, nabrałam filozoficznego podejścia do życia, którego trzymam się z biegiem czasu coraz lepiej.
Podejście polega na tym, że nie stresuję się upływem czasu i ilością zadań do wykonania. Lecz budzę się, przeciągam, wstaję z wolna, ziewam, myję, patrzę przez okno, oceniam pogodę i to, co da się zrobić, a co nie, a potem zaglądam w siebie i sprawdzam, na co akurat mam ochotę.

Fajnie? Fajnie.

Pamiętam czasy, długie nieskończone czasy swego życia na uwięzi, pracy 8-godzinnej, męki nieustającej, bez żadnej satysfakcji, zabierającej uwagę i siły, odbierającej wszelką twórczą wenę. Życia niewolnika-urzędnika.
Pamiętam też inne czasy, które sobie zbuntowana potem zafundowałam, zwalniając się wbrew wszelkiemu zdrowemu rozsądkowi i tracąc na własne życzenie „państwowy etat”. Było o tyle fajniej, że odzyskałam ów wymarzony wolny czas dla siebie, mogłam czytać i uczyć się od rana do nocy, pójść do kina, spać, spać, śnić. Niestety, brak kasy również był udupiający na dłuższą metę. W sensie niemożności zrobienia ważniejszego życiowego ruchu do przodu. Udało mi się ów czas wykorzystać z korzyścią dla siebie, rozwijając zainteresowania, dotąd bardzo poboczne i odkładane na później. Mimo wszystko. Jednak nawet on nie umywał się do tego, co jest teraz.

Bycie na swoim

(to swoje jest tak naprawdę umowne, ponieważ nad kawałkiem własnej ziemi wisi zawsze łapa systemu, która może zawsze w każdej chwili drgnąć, a której płaci się podatki i tłumaczy się z każdego pierdnięcia, jak pokorny wyrobnik, a nie właściciel) wymaga pracy, odpowiedzialności, przezorności, planowania, ryzyka, siły.
Brzmi to nerwowo. I rzeczywiście budzi nerwy, ale tylko na początku, przez pierwsze dwa-trzy lata zmiany trybu życia, osiedlania się na nowym, rozpoczynania nowego po swojemu.

Te nerwy jednak pochodzą w całości z czasów miejskich i niewolniczych. Na pewno. Bo chłopi, mieszkańcy wsi tego wcale nie mają. Nawet, jeśli mieszkają w kiepskich warunkach i nie mają kasy. I są (owe nerwy) odreagowaniem starych, nieważnych już tak naprawdę nawyków.
Wszystko musi potrwać. Uspokojenie, wyciszenie, także otwarcie się na nowe zachowania, myśli, odczucia.
Trzeba pozwolić odejść staremu światu, wylinka trwa, nowa skóra przyrasta bardzo powoli.

No, więc na początku masz nerwy.

Budzisz się o świcie i myślisz gorączkowo, co musisz zrobić w jak najszybszym czasie, aby móc zrobić dalej coś innego. Całkiem jak w mieście, jak na etacie.
W grę jednak zaczyna wchodzić nauczanie prowadzone przez Czas. A właściwie przez Rytm Czasu. Zmiany pór roku przede wszystkim. Różne wymagania akurat w danej chwili. Uczysz się tego, co trzeba właśnie robić, aby nie napracować się w kolejnej porze w dwójnasób. Bo jeśli prześpisz wiosnę, to nie nadrobisz wszystkiego latem, a jeśli prześpisz lato, jesień może być już bardzo nerwowa, a zima tragiczna.

Rytm planety, klimatu, przyrody.

Lecz jeśli wdrożysz się pokornie w rytm planety, klimatu, przyrody, uda się zrobić wszystko, co trzeba w odpowiednim czasie, wypielęgnować i zebrać, a potem przechować owoce, zgromadzić opał i odpocząć w zimie przy ciepłym piecu, drożnym kominie w porę wyremontowanym i przeczyszczonym, rozpalając wysuszone latem drewno, ścięte i zgromadzone wczesną wiosną. Nie mówiąc o innych darach natury i owocach pracy własnych rąk.
Są też mniejsze rytmy. Tygodnia (he, na wsi przeważnie nie wiem jaki jest dzień tygodnia i nie rozpoznaję nawet niedzieli) i dnia i nocy. Trzymam się ich, a raczej idę prowadzona przez nie. Czas rządzi.

Brak telewizora pozwala patrzeć w niebo, dzienne i nocne, w gwiazdy. I widzieć anomalie. Lub radosne potwierdzenia rytmu takiego jak zawsze. Jak klangor lecących jesienią żurawi i dzikich gęsi.

Co ostatnio robimy?

Trzeba było wywieźć kurzeniec z kurnika na kompost, kilka pełnych taczek się uzbierało przez sezon.
Tniemy drewno, gałęzie, na opał. I układamy je w drewutni do przeschnięcia.

Komentarze

komentarze

PODOBNE ARTYKUŁY