Najgłośniejsza lesbijka przedwojennej Polski

Najgłośniejsza lesbijka przedwojennej Polski

przez -
0 405
Przedwojenna Warszawa - codzienne życie miasta licencja creative commons

W odmętach wielkomiejskiej rozpusty. Potworna tajemnica eleganckiego mieszkania przy ul. Mazowieckiej. To tylko dwa pierwsze nagłówki artykułu opublikowanego 16 listopada 1923 roku przez „Express Poranny” – popularną stołeczną bulwarówkę. Łącznie tekst miał aż pięć tytułów. Wszystkie wytłuszczone, wszystkie wołami. Tak, żeby każdy czytelnik z miejsca rozumiał, że chodzi o historię zupełnie wyjątkową.

Było w niej wszystko, czego dusza zapragnie: emocjonujący pościg samochodowy, porwanie dziecka, potajemne dochodzenie i zrozpaczony ojciec. A na dodatek (o czym krzyczały trzy kolejne tytuły): były też lesbijki.

Kamil Janicki w swoim tekście dla portalu ciekwostkihistoryczne.pl przedstawia kulisy skandalu lesbijskiego w przedwojennej Warszawie. W tekście czytamy, iż „Autor tekstu wyjaśniał, że przy ulicy Mazowieckiej znajduje się tajemniczy gabinet medyczny prowadzony przez niejaką „dr S”. „O domu tym dziwaczne krążyły wersje, niepokojąc opinię, alarmując policję…” – budował napięcie. Podejrzenia narastały od lat. Teraz wreszcie mogły ustąpić miejsca faktom. Wszystko za sprawą pana Sz. – potrójnie nieszczęśliwego męża. Żona go porzuciła i jeszcze próbowała podstępem odebrać mu dzieci. A jakby tragedii było mało, wszystko zrobiła za sprawą niecnych knowań pokątnej lekarki:

Po tym jak żona zostawiła pana Sz. ten postanowił oskarżyć znaną warszawską lekarkę o uwiedzenie drugiej połówki (źródło: domena publiczna).

Oto była ona ofiarą zboczenia, choroby, była stałą „klientką” dr S. w domu przy ulicy Mazowieckiej. To zeznanie p. S. było właściwie pierwszym impulsem do wykrycia potwornej tajemnicy. Równocześnie prawie napływać zaczęły do policji różne anonimowe doniesienia, jedno potworniejsze od drugiego.

Autorami (…) byli przeważnie mężowie, skarżący się na to, że (…) żony ich po dłuższych wizytach u dr S. na Mazowieckiej, zdradzały wyjątkowe wyczerpanie, zniechęcenie, nerwowy niepokój, że z rozkochanych żon i dobrych matek stawały się kobietami przygnębionymi, zniechęconymi do rodzinnego życia…

Nadszedł wreszcie do policji anonim o dwóch śmiertelnych wypadkach. Autor tego anonimu pisał, że w mieszkaniu dr S. odbywają się orgie tzw. safizmu. Kobiety narkotyzowane tajemnymi środkami lekarskimi przez dr S. dochodzą do jakiegoś obłędu miłosnego, szaleją nienaturalną żądzą… W jaskini tej giną młode ofiary, która bowiem z kobiet podekscytowana narkotykiem odda się raz niezdrowemu popędowi, zgubiona jest raz na zawsze dla męża, dla domu, dla świata.

Sprawa lekarki-lesbijki zelektryzowała nie tylko Warszawę ale i całą Polskę. Na ilustracji pocztówka z 1923 r. (źródło: domena publiczna).

O takiej aferze Polska jeszcze nie słyszała. Wykorzystywanie seksualne kobiet przez inną kobietę. Przymusowe podawanie narkotyków. Homoseksualne orgie. Potajemne morderstwa, których ofiarami miały paść „znana aktorka teatrów warszawskich” oraz „osoba z wyższego towarzystwa warszawskiego”. Wszystko za drzwiami apartamentu z niewinnie brzmiącą tabliczką „Lekarz chorób wewnętrznych”. Nie doszło do żadnych aresztowań, ale dziennikarz zapewniał, że policja jest na tropie. I nie odpuści.

Według Kamila Janickiego „historia rozprzestrzeniała się po kraju lotem błyskawicy. Tego samego dnia pisały o niej stołeczne popołudniówki. Temat zdążyły też podchwycić gazety w Łodzi. Nazajutrz – Kraków, Poznań, Katowice. Dwa dni później nawet rolnik spod Stanisławowa znał historię tajemniczej „dr S.”. Społeczeństwo domagało się szczegółów.

„Express Poranny” podawał przecież, że w gronie pacjentek (kochanek? ofiar?) Sadowskiej są „żony wybitnych osobistości ze świata politycznego i arystokratycznego”; że to „najbardziej znane w Warszawie i kraju” nazwiska. W artykule nie padły dane osobowe podejrzanej, był jednak adres. Pod kamienicę przy Mazowieckiej 7 zaczęły ściągać tłumy. Ciekawscy nie musieli długo szukać. W budynku znajdował się wyłącznie jeden gabinet lekarski. „Dr S.” była w rzeczywistości doktor Zofią Sadowską. Nie była natomiast ani morderczynią, ani burdelmamą.

Kobiety z wysokich sfer bywały u niej – ale na zabiegach i badaniach. A nie na orgiach. I chyba trudno dziwić się ich wyborowi. Sadowska miała doskonałą renomę jako lekarz. Teraz nikt o tym nie pamiętał, ale parę lat wcześniej gazety zachwycały się, że jako pierwsza Polka w Imperium Rosyjskim otrzymała tytuł doktora medycyny. Prawdę musiała znać policja. Wbrew sugestiom „Expressu” Sadowskiej nie postawiono żadnych zarzutów. Nikt chyba nawet jej nie przesłuchiwał.”

 

Co się okazuje, sprawa została wyssana z palca. Historyczka badająca życie Sadowskiej, Agnieszka Weseli, tłumaczy: „Dwóch panów postanowiło jej zaszkodzić. Jeden twierdził, że uwiodła mu siostrę i siostrzenicę, drugi – że odbiła mu żonę. Wynajęli detektywa, który roznosił donosy – do Izby Lekarskiej, na uniwersytet, do prasy bulwarowej. Były tam oskarżenia o uwodzenie nieletnich, podawanie narkotyków, prowadzenie lesbijskiego domu schadzek”.

Zofia Sadowska była pierwszą Polką, która uzyskała stopień doktora medycyny na rosyjskim uniwersytecie. Na zdjęciu (siedzi w środku) wraz z innymi członkiniami Stowarzyszenia Spójnia Studentek Polek w Sankt Petersburgu (źródło: domena publiczna).

W całej historii zgadzał się tylko jeden fakt. Sadowska rzeczywiście była lesbijką i wśród warszawskich elit nigdy się z tym szczególnie nie kryła. Żyła chyba w przeświadczeniu, że nie ma takiej potrzeby. Jest XX wiek. Epoka postępu i tolerancji, w której przynajmniej w Warszawie nikt nikomu do łóżka nie zagląda. Jeśli relacje jednopłciowe budziły konsternację, to tylko w odniesieniu do mężczyzn. Homoseksualnymi kobietami nikt się nie przejmował.

Sadowska była o tym tak silnie przekonana, że postanowiła bronić swojego dobrego imienia. Pozwała wydawcę oraz redaktora naczelnego „Expressu Porannego” do sądu za zniesławienie. I w pierwszej chwili wydawało się nawet, że dobrze zrobiła.

Niezmiernie pikantne szczegóły… normalności

Jest 23 listopada, kilka dni po tym, jak warszawscy pismacy rozpętali całą aferę. Łódzkie pismo „Express Wieczorny Ilustrowany” (zbieżność nazwy z „Expressem Porannym” przypadkowa) publikuje artykuł pt. Dr Zofia Sadowska i jej kochanki. Co to jest „miłość lesbijska”. Tekst równie dobrze mógłby się ukazać w dowolnym nowoczesnym podręczniku do seksuologii:

Znany psychopatolog prof. Krafft-Ebing odróżniał tzw. perversion od perversitat. Tylko to ostatnie jest tym, co my nazywamy perwersją, a więc sztucznie wyrafinowanym erotyzmem, pierwsze zaś oznacza co prawda zboczenie, ale tylko w sensie pewnego odgałęzienia naturalnego uczucia erotycznego (…).

Z tego tylko punktu widzenia traktują wszyscy już obecnie przedstawiciele świata naukowego miłość homoseksualną.

Już 23 listopada 1923 r. łódzki „Express Wieczorny Ilustrowany” poświęcił sprawie Sadowskiej obszerny artykuł (źródło: domena publiczna).

„Odgałęzienie naturalnego uczucia”? A do tego miłość homoseksualna bez cudzysłowu? Nie brzmi groźnie. Po tym fragmencie można by wręcz pomyśleć, że dziennik opowiada się po stronie Sadowskiej. Autor tekstu uspokajał jednak czytelników, że świat nie stanął na głowie. I że „Express Wieczorny Ilustrowany” wywiąże się z obowiązków brukowca.

Sprawa głośnego skandalu erotycznego (…) zatacza coraz szersze kręgi (…). Aby poinformować naszych czytelników o szczegółach owego głośnego skandalu, „Express” zaangażował w Warszawie specjalnego detektywa, który zebrał materiał niesłychanie obfity, a w treści swej wprost rewelacyjny.

W szeregu numerów zamieszczać będziemy niezwykle interesujące relacje (…) w wyczerpujący sposób charakteryzujące całą aferę, obfitującą w szczegóły niezmiernie pikantne.

 

Ujmując rzecz krócej: wiemy, czego chcecie. Będziemy pluć na Sadowską i grzebać w jej prywatnych brudach. Dla uciechy tłumu. Liczył się seks i ploteczki, a nie to, kto miał rację. Jeszcze mniejsze znaczenie przywiązywano do opinii lekarzy na temat homoseksualizmu. Od kolejnego numeru „Express Wieczorny Ilustrowany” będzie gnoić zboczoną Sadowską jak każda inna gazeta. Czy też raczej: jak każda, poza tytułami wydawanymi przez Dom Prasy S.A., bo tam skala kłamstw i insynuacji przekroczy granice absurdu.

Z góry przegrana wojna

Sadowska nie przewidziała, że pozywając „Express Poranny”, jednocześnie wypowiada wojnę całemu koncernowi medialnemu. Do tego samego właściciela należały „Kurier Czerwony”, „Express Wileński”, „Kurier Podlasia”, „Express Pomorski”, „Dziennik Białostocki”, „Express Wileński”, „Express Kujawski” i „Nowy Dziennik Kresowy”. Wszystkie te tytuły sprzymierzyły się teraz przeciwko walecznej pani doktor. Takiej bitwy po prostu nie dało się wygrać.

Dom Prasy z łatwością odwrócił role. Wmówił czytelnikom, że to wydawnictwo jest oskarżycielem, a rozpustna lesbijka – podejrzaną. „Dotknięta rewelacjami »Expressu porannego« (…) dr Z. Sadowska dowodzić będzie przed sądem swej niewinności”– informowano w lutym 1924 roku. I ta wersja już została. Nawet znana z przenikliwości Irena Krzywicka będzie wspominać po latach głośną sprawę lekarki „oskarżonej o praktyki lesbijskie”. Uwierzył chyba nawet sąd.

Prasa brukowa szybko wmówiła czytelnikom, że to wcale nie Dom Prasy został pozwany przez Sadowską, lecz że to ona "dowodzić będzie przed sądem swej niewinności” (źródło: domena publiczna).

Proces szybko przemienił się w kuriozalną debatę na temat seksualnych gustów powódki. Wprawdzie w pierwszej instancji Sadowska odniosła częściowy sukces, w drugiej jednak wydawca został uwolniony od wszystkich zarzutów. Był rok 1925 i nikt już nie pamiętał, że lekarka przystąpiła do boju tylko po to, aby ochronić swoją godność. Prasie nie udało się zdemonizować Sadowskiej. Zamiast tego – do reszty ją ośmieszono.

 Erotyczne pismo „Amorek” podawało na początku 1925 roku całą garść doniesień na temat najbardziej znanej lesbijki w Rzeczpospolitej. Podobno, „chcąc położyć kres plotkom”, zwolniła kucharkę i pokojówkę, a na ich miejsce przyjęła mężczyzn.

Podobno „w Klubie Pań Życiem Znudzonych” postulowała, że kobiety powinny siłą przejąć kontrolę na wszystkimi redakcjami w mieście, by wreszcie położyć kres jej problemom. Podobno kręcono nawet film o niej, i to w ekskluzywnym „atelje przy ulicy Mazowieckiej”. Planowany tytuł: O tym się nawet nie gwiżdże.

Jedna bzdura goniła drugą i wszystkim było do śmiechu. A w każdym razie – wszystkim poza samą Sadowską. Niepostrzeżenie stała się nie tylko głośną homoseksualistką, ale wręcz: twarzą homoseksualizmu. Dla Polaków w 1925 roku nazwisko Sadowska równało się słowu lesbijka. Lub odwrotnie.

Sprawa wytoczona przez Sadowską redaktorowi "Kuriera Porannego" były szeroko opisywana przez prasę w całym kraju. Również krakowski "Ikac" nie omieszkał o niej napisać (źródło: domena publiczna).

W innym numerze „Amorek” przytaczał żartobliwy wierszyk. Narzekania amanta, który odkrył, że wybranka jego serca jest nieosiągalna:

Jest tak piękna jak marzenie. Ma toczony, śliczny biust,
Czarujące ma spojrzenie i anielski wykrój ust.
Nie wyliczyłbym wszystkiego, co posiada ten twór boski,
Lecz niestety, cóż mi z tego… Gdyż pacjentką jest Sadowskiej.

Cytat za: http://ciekawostkihistoryczne.pl/2015/07/30/najglosniejsza-lesbijka-przedwojennej-polski/3/#ixzz3oHGwn41U

Janko Walski dla Pressmix.eu 2015

Komentarze

komentarze