Niechętnie i najwolniej jak się da wsiadam do samochodu. Jako kierowca, a fuj. Już na wstępie, tuż przed zetknięciem się dwóch siedzeń, własnego i samochodowego zaczyna mnie nurtować szereg pytań, podszczypując niesympatycznie każdy z moich nerwów: Dojadę czy niekoniecznie? Ilość pędzących tirów przekroczy liczbę ludności Chin? Co za bałwan projektował pasy ruchu, że są takie okropnie wąskie? Czy oddałam Eli te zielone spodnie, bo może już nie będę miała okazji? Jutro ma wpaść Joasia, co ja jej powiem, jak zginę? Będę nawoływać z obłoczka?!

Wsiadam!!! Trudno, argumenty zbyt poważne, trzeba odważnie wziąć byka za rogi. A raczej za kierownicę. 

Dla dodania sobie animuszu włączam zuchwale radio i od razu słyszę zachęcające „Najlepsze tabletki na potencję! Spróbuj, promocja!” Długo się nie zastanawiając, czym prędzej wkładam płytę do odtwarzacza. Koniecznie z buntowniczą muzyką, przyda się odpowiednie nastawienie a’ la bezczelnie wyluzowanoniedobre chłopaczysko z Sex Pistols. Przekręcam kluczyk i natychmiast odzywa się komórka: „Cześć, jedziesz już? Uważaj, bo dzisiaj okropny tłok, a w ogóle to wiesz jak oni jeżdżą beznadziejnie, tyle wypadków, wariatów, Boże jak ja się denerwuję”. Tego mi było trzeba. Ponownie przekręcam kluczyk i ponownie komórka: „Cześć, słuchaj, co ja mam z nim zrobić, świnia jedna, zrobił tak i tak, no naprawdę, a w ogóle to możesz rozmawiać? A… jedziesz, jedź powoli, sami debile na tych naszych drogach, a ty przecież nie najlepiej jeździsz, nie przeszkadzam ci już, zadzwoń jak dojedziesz, pa”. Dojadę…? To dobry plan, ale muszę najpierw ruszyć. Komórki postanawiam już nie odbierać, choćby dzwonił Brad Pitt z zaproszeniem na suty obiad w jego prywatnej rezydencji, z obietnicą samodzielnego przyrządzenia przez wyżej wymienionego w samym tylko fartuszku. Błękitnym.

Ruszam i nawet jadę. Wjeżdżam niepewnie na lubelską, jadąc, o zgrozo, zgodnie z przepisami. Halo, to nie lubelska, to pas startowy odrzutowców. O pięć cieniutkich milimetrów wyprzedza mnie, trąbiąc zaciekle, tir rozmiarów bloku mieszkalnego z Ursynowa, z wypisanym na fasadzie: zasrany – mały – czerwony – samochodziku, co ty tu robisz w ogóle??? Nooo tak, babsko za kierownicą, wszystko jasne. Na dodatek blondynka, co z tego, że naturalna. Intruz i cholerna czarna owca wlokąca się siedemdziesiąt. „Zgadnij, gdzie cię mam, żłobie” na głos i w pełni kulturalnie mówię, z przyczyn oczywistych niestety do siebie. Bojowy nastrój wzmaga pyskata Peszek „Ja czarny kot, ja wściekły pies, ja chwast i ja blizna!”

Szukając swojego serca na samym dnie gardła pocieszam się, że tym razem przeżyłam, to najważniejsze. Muszę oddać spodnie przecież, o matko…
Powinnam jeździć rosomakiem jakimś, chyba bezpieczniej… Naraz widzę w lusterku wstecznym zbliżający się obiekt wyposażony w hipernapęd. Czy to Han Solo w swoim wehikule właśnie wchodzi w prędkość światła? Ani chybi, on we własnej osobie. Z całych sił staram się zrobić malutka, niezauważalna, zniknąć może…? Niestety, to nie takie proste. Oczyma duszy widząc siebie w postaci zgrabnego, czerwonego placka, nieznacznie przyspieszam łamiąc przepisy, żeby nie zostać zmasakrowaną przez statek kosmiczny nadciągający z odległej galaktyki. Pałając do mnie niekłamaną nienawiścią i mściwą chęcią unicestwienia, Han Solo w swoim srebrnym Audi wyprzedza mnie wbijając się w trzy metry wolnego miejsca pomiędzy mnie, a samochód przed. Niestety – pasy, pieszy wtargnął i śmiał zmienić światło w niecnym zamiarze przejścia. I tak szczęśliwie spotykamy się wszyscy na czerwonym, całe nasze samochodowe towarzystwo. Han Solo, łysy jak kolano, jak mniemam w dresie i obuwiu sportowym, stojąc obok, zaczyna mi się uważnie przyglądać. Krwiożercza nienawiść przekształca się w szeroki, mrugający uśmiech, rany boskie. Moje jestestwo gwałtownie protestuje. Zielone.

Zaskakując szczerzącego się do mnie adoratora i samą siebie ruszam z impetem, zostawiając za sobą uśmiech, o którym jak najszybciej chcę zapomnieć. W ramach uzdrowienia mocno nadwyrężonego poczucia estetyki na myśl przywołuję uśmiech, o którym nie chcę zapomnieć. Lepiej. Chwilowy, różany błogostan, dobra, skup się kobieto, istnieje cień szansy, że dojedziesz w jednym kawałku.

Samochód z naprzeciwka mrugnął światłami, budząc mnie z chwilowego rozproszenia, potem drugi i trzeci, w krzakach zaczaiła się Policja, uniemożliwiając wyścig rodem ze Star Wars. Mandat za szybką jazdę akurat mi nie grozi, a krążowniki również zwolniły, jadąc wzorowo. Mijając niebieskich, w poczuciu obowiązku i solidarnej przynależności do grupy, również uprzejmie mrugam oczami świateł, mało legalnie ostrzegając innych kierowców. Jak zwykle, nie wiedzieć czemu, sprawia mi to wstrętnie dziką satysfakcję. Ważniara, ho ho!

Tuż przed Radomiem krajobraz iście marsjański, monstrualne koleiny przypominają jako żywo nierówną powierzchnię tej pięknej planety. Na dodatek znikąd pojawia się facet „po jajku” niepewnie kolebiący się nieistniejącym poboczem. Nie zmieść go z powierzchni ziemi jest nie lada sztuką, a jak wiatr powieje akurat w stronę jezdni? Trudności piętrzą się warstwowo, tu koleiny, tu jajeczny facet, a wyprzedzające na podwójnej ciągłej tiry zajmują swój pas i trzy czwarte mojego. Polka galopka? Wielka Pardubicka? Dżungla? Wszystko naraz?

Na drodze trochę jakby spokojniej, ale o podziwianiu krajobrazów nie ma mowy, trzeba zachować czujność godną żołnierzy z Westerplatte.
Chwała Bogu – korek, można odetchnąć. W kłębach spalin obserwuję drogowe Animal Planet i pożerające się nawzajem krokodyle, czyli dwóch kierowców wrzeszczących na siebie przez otwarte okna samochodów. Uf, swojsko, udało się, Pałac Kultury, oddam spodnie, dojechałam.

Olga Jeżyna-Krawczyk

Komentarze

komentarze