Donald Tusk, Jan Vincent RostowskiZaoferowane nam przez ministra finansów zamiast sezonu ogórkowego letnie „atrakcje” budżetowe to nie tyle błąd prognozy, ile błąd polityki. Rządowi ekonomiści i ich medialne propagandowe zaplecze (coraz słabsze w obliczu niepowodzenia i powoli wycofujące się z wcześniej zajmowanych pozycji) usiłują argumentować, że obszar niepewności jest tak olbrzymi, iż nie sposób było prawidłowo przewidzieć kształtowanie się makroproporcji gospodarczych i stąd wzięło się załamanie budżetu. Oczywiste nieprawda; można było i należało to uczynić, jak zresztą robił to niejeden rzetelny analityk i ekonomista. To załamanie na poważną skalę, największą od czasów tzw. dziury Bauca, którą zrobił swą szkodliwą polityką w końcu lat 1990. L. Balcerowicz. Historia jakby się powtarza, tyle że tym razem jest to „dziura Rostowskiego”, bo ten nie zdążył uciec i resztki sprzyjających mu mediów nie mogą zwalać odpowiedzialności na jego następcę, choć nadejście nowego ministra finansów to już nieodległa sprawa.

Błąd prognozy czy polityki?

Miałem okazję niedawno spotkać się z premier Chin, Li Keqiangiem, z którym dyskutowaliśmy o uwarunkowaniach i perspektywach rozwoju chińskiej gospodarki oraz jej implikacjach dla gospodarki światowej. Podzielam pogląd, że możliwe jest utrzymanie tempa wzrostu PKB w latach 2013-22, a więc przez następną dekadę, na poziomie około 7,5 procent średnio rocznie. Dałoby to podwojenie obecnego poziomu dochodu narodowego na głowę (do poziomu bliskiego obecnemu w Polsce), tyle że za lat dziesięć tych chińskich głów będzie z górą miliard 400 milionów. Co zaś tyczy się bieżącego roku, to nadal rząd Chin przewiduje – i słusznie – przyrost PKB o 7,5 procent; tak jak to założył wcześniej. Natomiast nasz rząd już po niespełna pół roku od przepchnięcia (bo to było przepchnięcie) przez parlament źle przygotowanego budżetu rewiduje prognozę – własną, nie cudzą – dzieląc zakładany wskaźnik przez ponad dwa. Miało być 2,5 procent, dobrze będzie, jak nie będzie mniej niż 1 procent…
Co do błędu prognozy, to przecież nie tylko ja pisałem już pół roku temu, że budżet na rok 2013 oparty jest na fałszywych założeniach i będzie latem nowelizowany. Jest niedobrze, ale bynajmniej nie ma powodów do paniki. Opinie niektórych „znanych ekonomistów”, że Polska gospodarka już jakoby weszła na grecką ścieżkę, są nieodpowiedzialne. Szkoda, że wtedy gdy należało zgłaszać alternatywne propozycje, uprawiali apologetykę nadwiślańskiego neoliberalizmu, którego błędu leżą u podstaw obecnego kryzysu.

Topniejące baza podatkowa

Baza podatkowa wskutek pogarszających koniunkturę błędów polityki makroekonomicznej, również po stronie polityki pieniężnej NBP, jak i wadliwych rozwiązań systemowych, m. in. pozbawiających budżet niebagatelnych wpływów z VAT-u, uległa dramatycznemu zawężeniu. Różnica pomiędzy planowanymi dochodami budżetowymi, nierealistycznie zakładanymi jeszcze pół roku temu na dużo wyższym poziomie, a ich rzeczywistym poziomem jest ogromna. Faktycznie sięga aż 29 miliardów złotych, gdy uwzględnić wpłatę z zysku NBP w wysokości prawie 5 miliardów złotych. Innymi słowy, gdyby nie ten niezakładany przychód, deficyt wzrósłby w stosunku do planowanego o prawie 30, a nie o 25 miliardów złotych. To prawie 2 proc. PKB; ogromna dziura…

Teraz już – w obliczu ideologicznej awersji rządu do zwiększania wpływów z podatków bądź niemożliwości ich podnoszenia w trakcie roku – oraz nieumiejętności zmniejszenia nadmiernych wydatków (wciąż jest ich wiele, jak chociażby wydatki zbrojeniowe czy niektóre pozycje alokowane na utrzymywanie rozdętej administracji centralnej i samorządowej, a także pewne rodzaje wydatków socjalnych, jak chociażby tzw. becikowe) – pozostało jedynie zwiększenie deficytu. Co oczywiste, pociąga to za sobą stosowny przyrost długu publicznego.

Fundamentalne błędy rządowej polityki

Tak więc rząd, chcąc nie chcąc, przyznaje się do fundamentalnego błędu swojej dotychczasowej polityki fiskalnej (podatki, transfery, wydatki, zarządzanie długiem publicznym). To nie są kwestie techniczne związane z zarządzaniem sektorem finansów publicznych. To blamaż źle pomyślanej i na dodatek źle realizowanej polityki gospodarczej.

W podobnej sytuacji każdy normalny rząd uciekłby się również do podniesienia podatków od zamożniejszych warstw ludności, ale rząd PO-PSL unika tego jak diabeł święconej wody, bo kampania wyborcza przed serią czterech powszechnych wyborów w latach 2014-15 już rozwinęła swoje skrzydełka. Rząd też nie potrafi przeciwstawić się naciskom rozmaitych lobby. Toleruje bądź nawet wprowadza – jak na przykład w odniesieniu do obrotu wyrobami stalowymi w sektorze budownictwa, co pozbawiło tegoroczny budżet miliardowych dochodów – rozwiązania techniczne odnośnie do regulacji zobowiązań należności z tytułu podatku od wartości dodanej, VAT, które służą nie całej gospodarce i społeczeństwu, ale sprzyjają grupowym interesom.

„Zielona wyspa” na oceanie światowej gospodarki

Sytuacja komplikuje się ponadto zewnętrznie, gdyż obecnie rząd ogłasza, że zamierza podążać w zgoła odmiennym kierunku niż ten, który kilka zaledwie miesięcy temu zadeklarował nie tylko społeczeństwu polskiemu – i swoim ulubionym rynkom finansowym – lecz także Unii Europejskiej. Wkrótce po złożeniu na arenie międzynarodowej odmiennej co do treści deklaracji ogłasza się, że rzeczywistość „zielonej wyspy” jest istotnie gorsza niż ta uprzednio nagłaśniana, bo rząd jest nagi. No, prawie nagi. Jako że lato gorące, to jeszcze paraduje w bikini, ale już stoi w obliczu dylematu: góra czy dół? Proponuję wpierw dół, bo w telewizji nie będzie tego widać…

Prof. Grzegorz W. Kołodko

Komentarze

komentarze