Cezary Gmyz dziennikarz śledczyCezary Gmyz, najczęściej podsłuchiwany dziennikarz śledczy III RP, którego najczęściej gnębią służby specjalne zabiera głos w sprawie „afery podsłuchowej” w Wadowicach. – Gazeta Krakowska, a zwłaszcza jej oddział lokalny w Wadowicach, musiała nadepnąć na odcisk jakiemuś miejscowemu, lokalnemu politykowi i działaczowi bądź biznesmenowi, który miał silną potrzebę aby dowiedzieć się tego, co się dzieje w redakcji – stwierdza Cezary Gmyz w rozmowie z portalem Pressmix.

Krzysztof Sitko: Ostatnio wybuchła „afera podsłuchowa” w Wadowicach, bo w redakcji Gazety Krakowskiej i Dziennika Polskiego znaleziono pluskwę czyli jak twierdzą specjaliści – podsłuch. Sprawa trafiła do prokuratury. Czy nie dziwi Pana ten fakt? Na co to może wskazywać, że w takiej małej lokalnej społeczności wydawałoby się, w Wadowicach, w mieście papieskim, dochodzi do takiego incydentu i do takiej afery?
Cezary Gmyz: Z tego co analizowałem sprawę wadowicką nie wydaje mi się, żeby ta pluskwa, to urządzenie podsłuchowe zostało umieszczone przez jakieś służby specjalne na przykład Agencje Bezpieczeństwa Wewnętrznego, czy CBA, ponieważ nie był to zbyt nowoczesny sprzęt. Jest to sprzęt, który tak naprawdę można nabyć przez Internet czy w niezbyt specjalistycznych sklepach i każdy to może zrobić. Natomiast służby mają duże większe doświadczenie w zakładaniu tzw. PP czyli podsłuchu pokojowego, bo tak fachowo nazywa się tego typu instalacja. On jest rzeczywiście o wiele bardziej ciężko wykrywalny nawet przy użyciu specjalistycznego sprzętu jakim dysponuje Agencja Ochrony i agencje detektywistyczne, ale również oczywiście są to służby specjalne, a więc jest możliwe jego unieszkodliwienie. Tutaj te okoliczności znalezienia tego wskazują na to, że raczej Gazeta Krakowska, a zwłaszcza jej oddział lokalny w Wadowicach, musiała nadepnąć na odcisk jakiemuś miejscowemu, lokalnemu politykowi i działaczowi bądź biznesmenowi, który miał silną potrzebę aby dowiedzieć się tego, co się dzieje w redakcji. Nie wydaje mi się żeby służby były zainteresowane aż tak bardzo, aby tak daleko posunęli się do inwigilacji dziennikarzy i redakcji. Nie sądzę, aby służby były zainteresowane tym co się dzieje w tak małej redakcji lokalnego czasopisma, choć oczywiście mogło się tak zdarzyć, że uznali oni, iż redakcja jest w coś zamieszana. Nie słyszałem o jakichś ostatnich publikacjach Gazety Krakowskiej, które by powodowały zwiększone zainteresowanie tą redakcją ze strony służb.

Czy nie dziwi Pana, że nawet na poziomie lokalnym zdarzają się podsłuchy i dochodzi do takich skandalicznych zachowań? Przecież to jest łamanie podstawowych zasad i standardów demokracji. Czy Polacy sobie na taką Polskę naprawdę zasłużyli?
– Mnie to nie dziwi dlatego, że tak zwane „taśmy” nie tylko służą do tego żeby kogoś inwigilować, ale na przykład szantażować. Z aferami taśmowymi mieliśmy do czynienia w Polsce wielokrotnie. Taką najgłośniejszą z nich była afera, kiedy to Adam Michnik nagrał Lwa Rywina, który przyszedł do Agory z propozycją korupcyjną. Tę taśmę przez wiele miesięcy Agora i Gazeta Wyborcza ukrywała. Dopiero kiedy nastąpił przeciek do Wprost, to taśmę ujawniono. Były też przecież taśmy Gudzowatego. W Polsce dość często mamy do czynienia z zastosowaniem podsłuchu amatorskiego, który ma służyć albo szantażowi, albo udowodnieniu komuś jakiegoś przestępstwa przez amatorów, a nie przez profesjonalistów. Oczywiście do spraw podsłuchowych zaliczam też takie, jak nagranie mojej rozmowy z Bogdanem Rymanowskim, przy okazji sprawa Wojciecha Sumlińskiego. Takie rzeczy się zdarzały i dziennikarze byli poddawani inwigilacjom. To wielokrotnie było sądowo stwierdzane, że bezprawnie były pobierane moje bilingi w celu zbadania tożsamości moich informatorów. Przypuszczam, że w przypadku Gazety Krakowskiej, choć co prawda nie śledzę tego na co dzień, ale niedawno byłem w Wadowicach i znam tę gazetę, przypadek tutaj raczej nie gra roli. W Polsce mamy do czynienia z dość powszechną manią podsłuchiwania i nagrywania z ukrycia, a ja tego typu metod jako dziennikarz nie stosuję dlatego, że uważam, iż coś powinno nas od służb specjalnych odróżnić.

Co by Pan radził w takiej sytuacji dziennikarzom z Wadowic? Co by Pan radził mieszkańcom Wadowic? Jak oni powinni zareagować na tego typu sytuację? To powinna być afera, w którą powinni się zaangażować wszyscy politycy z każdej strony wadowickiej sceny samorządowej? Czy tak naprawdę ją zbagatelizować i powiedzieć „przecież nic się nie stało, nikt nie miał w tym celu, nie było powodu żeby podsłuchiwać tych dziennikarzy?”.
– Ja bym tego typu spraw nie bagatelizował. Przede wszystkim o całej sprawie powinny być zawiadomione organy ścigania, które powinny wszcząć postępowanie. Jest to co prawda działanie, które się dość ciężko ściga, chociaż są paragrafy, które dałoby się pod to podciągnąć. Natomiast oczywiście nie bagatelizowałbym tej sprawy, nawet jeżeli redakcja Gazety Krakowskiej nie była podsłuchiwana przez służby specjalne, tylko przez jakąś osobę prywatną. To też jest zagrożenie dla wolności prasy, jeżeli biznesmen, miejscowy działacz lub miejscowy polityk postanowił podsłuchiwać redakcję lokalnej gazety. To jest taki sam skandal gdyby to robiły służby.

A nie dziwi Pana fakt, że na doniesienia prasowe Gazety Krakowskiej nie zareagowała prokuratura rejonowa w Wadowicach? Dopiero podjęła postępowanie 18 lipca 2013 roku, po oficjalnym doniesieniu o możliwości popełnienia przestępstwa na szkodę Polskapresse wydawcy Gazety Krakowskiej i Dziennika Polskiego. Czy to taki normalny standard, że prokuratura czeka w takiej sprawie na oficjalne zgłoszenie?
– Prokuratura ma obowiązek wszczynania pewnych postępowań z urzędu jeżeli sprawa została nagłośniona. Prokurator miejscowej prokuratury rejonowej przez te jednostki, powinien się przyjrzeć, czy tę sprawę da się zbadać i czy da się ustalić, czy doszło do przestępstwa czy też nie. Jeżeli byłby to podsłuch prywatny, to oczywiście Adam Michnik siedziałby już w więzieniu za nagrywanie Rywina. To nie jest tak, że tych paragrafów nie dałoby się odnaleźć, ponieważ można to podciągnąć pod paragraf prawa prasowego, które mówi o ograniczaniu krytyki prasowej, albo o próbie złamania tajemnicy dziennikarskiej. Są paragrafy, które da się wykorzystać w tego typu przypadkach, ale nie mamy do czynienia z podsłuchem ze strony służb specjalnych czy policji.

Gdyby się okazało, że ta sprawa tak naprawdę zostanie zamieciona pod dywan? Czy Pan jako jeden z najbardziej znanych dziennikarzy śledczych w Polsce, zechciałby się zaangażować ewentualnie w prześwietlenie tego, co się stało w Wadowicach?
– Najpierw powinna zostać wyczerpana droga prawna, bo jeżeli zostało wszczęte śledztwo, jeżeli mamy poszkodowanego w postaci redakcji czy wydawcy mediów, to trzeba poczekać na rozstrzygnięcie procesowe przyglądając się temu postępowaniu. Następnie powinno się postępować tak jak ja – realizować swoje prawa jako poszkodowanego i w momencie, w którym z błahego powodu sprawa zostanie umorzona, zażalić się do sądu z prośbą o wszczęcie ponownego postępowania. Chyba, że zostanie uznane, że doszło do przestępstwa, natomiast nie da się ustalić sprawcy. Na pewno najpierw trzeba wyczerpać ścieżkę prawną i oczywiście trzeba powiadamiać organizacje dziennikarskie czy instytucje zajmujące się ochroną praw obywatelskich.

Nie dziwi Pana fakt, że tą sprawą, tym podsłuchiwaniem dziennikarzy z Wadowic media w Polsce nie bardzo się interesują. Nie było o tym jakoś szczególnie głośno, natomiast o innych sprawach media trąbią…
– Mam wrażenie, że było stosunkowo głośno jak na wydarzenie mające miejsce w prasie lokalnej. Ja o tym dowiedziałem się z mediów, więc media w pewien sposób zareagowały tutaj prawidłowo. Poinformowały o tym portale branżowe i moim zdaniem również powinno zająć tutaj stanowisko Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, ale również Rzecznik Praw Obywatelskich czy Fundacja Helsińska.

Dziękuję za rozmowę.

Komentarze

komentarze