Polacy uwierzcie, że możecie i potraficie. To początek naszego wspólnego sukcesu

Polacy uwierzcie, że możecie i potraficie. To początek naszego wspólnego sukcesu

przez -
1 22

Eure Vaeter Eure Muetter– Akcja „Eure Vaeter Eure Muetter” to de facto kreatywny social storytelling. Tworzona w czasie rzeczywistym historia,  zarówno o kłamstwach i przekłamaniach, jak i o polskich cechach, których próżno szukać u innych nacji. To będzie opowieść o dumie, żarliwości, kreatywności i społecznym zaangażowaniu w przypadku kryzysu. W tym przypadku kryzysu komunikacyjnego. Bo to Polacy sami mają stworzyć opowieść o sobie – mówi portalowi Pressmix Miłosz Lodowski współinicjator światowej akcji społecznej. – Nazi ojcowie i nazi matki nie przejdą! Zwłaszcza, gdy chcą dzielić się swoimi zbrodniami z ofiarami własnych niegodziwości – podkreśla w rozmowie z Mariuszem Ciużyńskim młody człowiek, w którego rodzinie 70% dorosłej, męskiej części rodziny Niemcy wymordowali podczas II Wojny Światowej. – To mój hołd, szczególnie dla brata mojego taty – Ryszarda ps. „Magiera”, który zginął w akcji Armii Krajowej jako podporucznik 8 Pułku Ułanów Armii Krajowej. Miał w lipcu 1944 roku 24 lata. Dokładnie na dniach upływa kolejna z rocznic jego śmierci – dodaje.

Mariusz Ciużyński: „Eure Vaeter Eure Muetter”, o co chodzi w tej akcji? Kto wpadł na jej pomysł i czemu ma służyć?

Milosz Lodowski: Początek historii akcji „Eure Vaeter Eure Muetter” jest nieco anegdotyczny.

A więc zamieniam się w słuch.

– Byłem na ślubie przyjaciółki w Poznaniu, gdy wieczorem zadzwonił Kuba Szymczuk (drugi z inicjatorów akcji) i mówi, że jest sprawa. Taki mamy zwyczaj, że po takich słowach zamieniamy się w słuch, bo to zwykle coś ciekawego. Że chce zrobić projekt fotograficzny będący jakąś odpowiedzią na haniebny film ZDF (Jakub Szymczuk jest fotoreporterem „Gościa Niedzielnego”). Więc mu mówię – wchodzę w to, ale rozszerzmy projekt zapraszając innych kreatywnych, ty zrobisz swoje, ja swoje, dorobię identyfikację i grafikę, i działamy – tak narodził się ten projekt „Eure Vaeter Eure Muetter” – [uśmiech].

Sprawa była dość nagła, nie było na co czekać , szybko przetłumaczyłem na niemiecki „wasi ojcowie wasze matki” zrobiłem id (identyfikację – przyp. red.) i uderzyłem do znajomych z tzw. „światka artystycznego” zapraszając ich do działania. Mając kilka zgłoszeń z dość entuzjastycznym nastawieniem, poprosiłem znajomych z mediów o wsparcie i tzw. „mediacover”.
I oto jesteśmy.

A więc o co dokładnie chodzi i jaki jest cel akcji?

– Obaj pracujemy od lat w kreacji. Tu świadomość marki i wizerunek to rzeczy bardzo ważne. Sytuacja,w której Polska i Polacy są ciągle narażeni na negatywne stereotypy i konotacje, już nie tylko szkodzi krajowi, ale także nam Polakom, naszym narodowym interesom.

Niedopuszczalna jest sytuacja kompletnego braku świadomości w opinii światowej ogromu tragedii, która wydarzyła się w kraju nad Wisłą i była udziałem przeszłych pokoleń naszych rodaków.

W tym miejscu znowu posłużę się anegdotą. Podczas studiów w Londynie miałem taką sytuacje, że przy standardowym przedstawianiu się na wieść o tym, że jestem z Krakowa, koleżanka Sikhihka zapytała mnie: czy to jest to miasto obok Auschwitz?

Zważywszy proporcje, z całym szacunkiem dla Oświęcimia, było to dla mnie kuriozum logiczne, podobnie jak ciąg dalszy. Na stwierdzenie, że w obozie zginał jeden z młodszych braci mojego dziadka usłyszałem pytanie, czy jestem Żydem. Wtedy uznałem, że coś jest nie tak.

Minęły lata i oto nadarzyła się okazja, aby zaprosić polskich i nie tylko kreatywnych do zbiorowej lekcji historii, wytworzonej dla Polski, Europy, Świata. Przecież polscy projektanci są uważani za jednych z lepszych na świecie i taka okazja to nie tylko możliwość zrobienia czegoś dobrego dla kraju, pokazania siebie i swoich umiejętności, skilla – jak to się mówi w naszym środowisku – ale także na umożliwienie wyprostowania wielu narosłych wokół naszego kraju i rodaków nieuzasadnionych mitów i stereotypów.

Warto zatem też wspomnieć, że inna koleżanka, tym razem Hinduska – nie mogła przyjąć do wiadomości, że w obozach ginęli przede wszystkim przedstawiciele polskich elit. Ta młoda dziewczyna była przekonana, że byliśmy sojusznikami Niemców! Przyznam szczerze, że jako osoba z rodziny, w której podczas działań wojennych zginęło 70% męskiej populacji powyżej 23 roku życia nie mogę się pogodzić z takimi „faktami”.

Jak zamierzacie zrealizować swój ambitny cel?

– Akcja ma kilka stadiów. Pierwszy to standardowy w tego rodzaju eventach efekt kumulowania masy – czyli budowy zainteresowania mediów i targetu (współobywateli) – na tym etapie chcemy zbudować społeczne zaplecze akcji. Finałem ma być wystawa w Parlamencie Europejskim, do której przygotowania i przeprowadzenia mamy nadzieje uzyskać pomoc od polskich i nie tylko – europarlamentarzystów. Przecież kwestia przekłamań historycznych nie jest tylko udziałem Polaków, choć ich skutki konsumujemy jako naród w samotności.

Na pewnym etapie, gdy uznamy, że akcja wymaga szerszego kontekstu, dodamy dodatkowe języki komunikacji, a wtedy dotychczasowi polscy obserwatorzy akcji mają szansę stać się jej aktywnymi uczestnikami. Kreacja bowiem dostarczy tylko broni i amunicji. Resztę mamy nadzieję doda zaangażowanie licznej już na obecnym etapie, rodzącej się społeczności.

Mamy też nadzieję, że nasze czynniki oficjalne też się zainteresują akcją i zajmą odpowiednie, oczekiwane przez społeczeństwo stanowisko w tej sprawie. Nie działamy bowiem w ramach jakiegoś klucza poglądów czy konotacji politycznych. Zaprosiliśmy artystów reprezentujących w życiu prywatnym pełne spektrum poglądów politycznych. Oczywiście dopuszczalnych prawem i konstytucja. [śmiech]

Czyli to ma być nowy styl mówienia o prawdziwej historii II Wojny Swiatowej? Czy zawężacie krąg tylko do zakłamanego obrazu wojny przez wspomniany film produkcji ZDF?

– Nie będziemy tłumić artystycznych wypowiedzi w ramach kontekstu akcji. Sami ciekawi jesteśmy efektów tego jednak, co tu ukrywać, eksperymentu o skali masowej.

I eksperymentu na skalę światową? O akcji poinformowaliście na Facebook’u, czyli liczycie na szerokie echo?

– Synchronizacja różnych środków wyrazu to też ciekawe przedsięwzięcie. Działamy na styku nowych technologii i tradycyjnych mediów, także mamy nadzieję, że „duże media” także pomogą nam w promocji naszego przedsięwzięcia.

Czy ktoś przed wami próbował takiego zadania historycznego?

– Nie sadzę. Strategie częściowe być może realizowano, bo to element standardowych kampanii reklamowych, wizerunkowych czy społecznych, ale nie wszystko wtedy zwykle zależy od czynnika społecznego i komunikacji z ludźmi. A przynajmniej nie tak wiele.

A więc czym wy się będziecie różnili od tych standardowych i sztampowych kampanii?

– Nie ma czegoś takiego jak sztampowa kampania. Każda ma charakter indywidualny. Nasza to de facto kreatywny social storytelling. A więc, tworzymy w czasie rzeczywistym opowieść, zarówno o kłamstwach historycznych, ale i polskich cechach których próżno szukać u innych narodów. To będzie historia o dumie, żarliwości, kreatywności i społecznym zaangażowaniu w przypadku kryzysu, bo to Polacy mają stworzyć opowieść o sobie. I w niej jak w lustrze zobaczyć to, co w nich piękne i unikatowe. Mamy dość umartwiania się i samobiczowania.

My z Polskości jako wartości konstytutywnej czerpiemy siłę i jakość kreacji. Swoją drogą to śmieszne, że polscy kreatywni są w światowej czołówce, a polska kultura prawie nie istnieje. To dostarcza wielu
ciekawych pytań i całkiem interesujących konkluzji. Polska kultura masowa zajmuje się małpowaniem, jest wtórna i często trywialna, gdy polscy twórcy zdobywają świat, bynajmniej nie chodząc na kreatywne skróty.

Jak dużym zainteresowaniem cieszy się wasz projekt, bo to dopiero 3 dzień od startu akcji w sieci?

– Zasięg prawie 100 000 ludzi w Internecie, masa patronatów, niesamowite wsparcie i miłe słowa od ludzi, wiele instytucji mediów i organizacji wspierających, a to początek. Mamy sygnały, że będzie lepiej. Spływają ciągle nowe zgłoszenia i wyrazy otuchy. Akcje już wspiera jeden wysokonakładowy tygodnik, a mamy nadzieję, że to początek góry nomen omen lodowej [śmiech].

 A więc jak WAM można pomóc? Czego teraz potrzebujecie?

– Zdrowia, uśmiechu i pieniędzy. To żart oczywiście.

Najbardziej potrzeba nam ludzkiego zaangażowania, masy dobrych projektów od artystów i świadomości wszystkich uczestników akcji, a więc i czytelników naszych komunikatów w jak wielkiej sprawie uczestniczymy. Razem. I oczywiście pozytywnego w nią zaangażowania z dala od politycznych waśni oraz bieżączki dnia codziennego.

Polacy osiągali najwięcej gdy ich kultura była ekspansywna i atrakcyjna. Może nam się uda przełamać bariery niemożności? Akurat kreacja to nie jest świat, w którym zasadniczą role pełnią pieniądze i układy. Są często ważne, ale przegrywają z żarliwością odbiorców i tzw. feelingiem. I na te życzliwość empatyczną liczymy. Może zszokuję czytelników, ale liczymy też na Niemców, z których wielu ma dość fałszu i przekłamań. Skutki takiego podejścia widzi przecież i odczuwa cała Europa. Grecy np. znajdując się w sytuacji kryzysowej dość otwarcie zaczęli używać w komunikacji odwołań do okupacji. Więc to pokazuje – jak żywa jest wciąż pamięć historyczna o niemieckich niegodziwościach.

Mamy nadzieje, że przedstawiciele innych nacji włączą się w naszą akcje, do czego serdecznie zapraszamy. Wkrótce w ich rodzimych językach [uśmiech].

Nazi ojcowie i nazi matki nie przejdą! Zwłaszcza gdy chcą dzielić się swoimi zbrodniami z własnymi ofiarami.

W ostatnim zdaniu jak by Pan zachęcił czytelników i nowych kreatywnych oraz artystów do wsparcia Waszej akcji?

– Uwierzcie, że możecie i potraficie. To początek naszego wspólnego sukcesu.

Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję serdecznie i pozdrawiam czytelników

Miłosz LodowskiMiłosz Andrzej Lodowski, urodzony w dniu patrona wojowników i rycerzy, roku pamiętnego. Zawsze młody. Z pokolenia, co waląc głową w szklany sufit, utwardziło ją do tego stopnia, że za nic ma teorie spokoju społecznego, miraże pokory, świadomość akceptacji zgniłych konsensusów. Architekt, designer, codziennie dyrektor, kreatywny dyrektor. Pisze, tworzy, projektuje, czasem gra… na nerwach gra. W Nowodworku – duch niespokojny, potem wiele lat w Londynie. Lubi Warszawę, bo nie znosi stagnacji. Kocha zmieniać i mieć wpływ na genius loci, na szarzyznę, na mentalną nieudolność, na brak logiki.

Jest z Kazimierza, to znacznie więcej niż powiedzieć – że jest z Krakowa, czy z krakowskiego Kazimierza. To konstytuuje, utwardza, zmienia. Pamięta tę dzielnicę jak jeszcze była, a nie tylko stała się. Była czymś więcej niż wylęgarnią lansiarskich bananów, była dzielnicą ludzi przegranych, złamanych, ale pięknych. Dumnych i nieokiełznanych, ludzi bez zgody na system, który niewolił w sobie, na sobie, ponad sobą. Działa, inspiruje, kształtuje – słowem wojownik kreacji. I niech tak pozostanie.
Teraz walczy o dobre imię naszych ojców i naszych matek…

Komentarze

komentarze