Rzeź Polaków na Wołyniu była zorganizowaną operacją

Rzeź Polaków na Wołyniu była zorganizowaną operacją

Rzeź WOŁYŃSKAZ prof. Władysławem Filarem, historykiem wojskowości, żołnierzem 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK walczącym z UPA i Niemcami, autorem książek o Wołyniu rozmawia Mateusz Rawicz. – W połowie 1942 r. głównie we wschodnich powiatach Ukraińcy dokonywali pojedynczych zabójstw. Zabijali głównie inteligencję, nauczycieli, fachowych pracowników rolnych. Pod koniec roku zabijano już całe rodziny, np. nauczyciela i całą jego rodzinę. W lutym 1943 r. w Parośli dokonano pierwszej masowej zbrodni, oddział banderowski wymordował całą wieś. Ukraińcy mordowali i przejmowali mienie zabitych Polaków. Wiosną masowe mordy rozpoczęły się we wschodnich powiatach i ciągnęły się jak fala, przeszły do środkowych powiatów i dotarły do powiatu włodzimierskiego, gdzie mieszkaliśmy – mówi prof. Władysław Filar.

Mateusz Rawicz: Jak wyglądało życie z Ukraińcami na Wołyniu przed wojną?
Prof. Władysław Filar: Mieszkałem z rodzicami we wsi Iwanicze Nowe, przeważali tam Ukraińcy, drugą grupą etniczną pod względem wielkości byli Czesi, trzecią Polacy, a czwartą Żydzi. Polacy mieszkali przy stacji kolejowej, to byli głównie kolejarze i pracownicy młyna.

Czym zajmowała się Pańska rodzina?
Mój ojciec był nauczycielem. Był człowiekiem bardzo tolerancyjnym, nie miało dla niego znaczenie pochodzenie narodowe, status społeczny czy materialny, ale to, co człowiek sobą reprezentował. Organizując imprezy kulturalne, m.in. występy teatralne, zawsze dobierał trzy aktówki, żeby jedna była po polsku, druga po czesku, trzecia po ukraińsku. Pomagał Ukraińcom wśród których było wielu analfabetów w wypełnianiu dokumentów. Nic za to nie brał, uważał, że to jego społeczny obowiązek. Tym zdobył wielkie uznanie i szacunek wśród Ukraińców.

Nie było żadnych większych konfliktów narodowościowych?
– Nie, miałem kolegów Ukraińców, Czechów i Żydów. Nie było między nami antagonizmów, nikt nikomu nie wypominał pochodzenia. W gimnazjum siedziałem w jednej ławce z Ukraińcem, nazywał się Bojko.

Kiedy to wszystko się zmieniło?
– Sowieci wmawiali Ukraińcom, że „pańska Polska” ich uciskała. Pierwsze dni okupacji sowieckiej były straszne, elementy przestępcze chwyciły za broń, Ukraińcy zabijali polskich żołnierzy, policjantów, zginęło około 100 uciekinierów z Polski centralnej cofających się przed frontem niemieckim. Były wywózki Polaków na Syberię, baliśmy się, że naszą rodzinę też mogą zabrać, ale ocaleliśmy, być może przyczyniło się do tego pomoc mojego ojca miejscowym Ukraińcom.

Jaka była okupacja niemiecka?
– Po wejściu Niemców zaczęli się organizować ukraińscy nacjonaliści, którzy przybywali z Generalnego Gubernatorstwa i Galicji. Samorzutnie powstawały urzędy i milicja ukraińska. Niemcy początkowo pozwalali na to, później do administracji ukraińskiej dodali swoich przedstawicieli, milicję przekształcili w policję w służbie niemieckiej.
Duże wpływy w administracji i policji miała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, która podzieliła się na dwie frakcje, Melnyka i Bandery…
Frakcja Bandery oparła się na ideologii Dymitra Doncowa, inspirowanej wzorami faszystowskimi, głosiła, że najważniejszym celem jest walka o niepodległość Ukrainy. Byli zdania, że walka powinna być prowadzona przy użyciu wszystkich sił i środków, nawet zbrodniczych. Za przeciwników niepodległości Ukrainy uznali Rosjan, Polaków i Żydów. Uważali, że powinno nastąpić powszechne powstanie narodu ukraińskiego, w którym zostaną wypędzeni wszyscy obcy. Opracowano dekalog, w którym te sprawy zostały dokładnie opisane. OUN starał się uświadomić masom ukraińskim o co walczą i jakimi środkami. Propagandyści przybywający na Wołyń z Galicji, która była Piemontem ukraińskiego nacjonalizmu integralnego, docierali do każdej wsi. W propagandzie opierali się na przykładach z XVII i XVIII wieku, na dawnych buntach chłopskich i powstaniach kozackich. Skoncentrowali się głównie na młodzieży.

Czym była Ukraińska Powstańcza Armia?
– To było zbrojne ramie OUN frakcji Bandery.

Kiedy UPA i OUN zaczęły mordować Polaków?
– W połowie 1942 r. głównie we wschodnich powiatach Ukraińcy dokonywali pojedynczych zabójstw. Zabijali głównie inteligencję, nauczycieli, fachowych pracowników rolnych. Pod koniec roku zabijano już całe rodziny, np. nauczyciela i całą jego rodzinę. W lutym 1943 r. w Parośli dokonano pierwszej masowej zbrodni, oddział banderowski wymordował całą wieś. Ukraińcy mordowali i przejmowali mienie zabitych Polaków. Wiosną masowe mordy rozpoczęły się we wschodnich powiatach i ciągnęły się jak fala, przeszły do środkowych powiatów i dotarły do powiatu włodzimierskiego, gdzie mieszkaliśmy. Już wtedy razem z ojcem byliśmy w konspiracji, którą dowodził na naszym terenie Jerzy Krasowski. Zastanawialiśmy się jak bronić się przed OUN i UPA. We wschodnich powiatach powstawały samoobrony polskie. Chcieliśmy u nas coś podobnego zorganizować, ściągnąć wszystkich Polaków do jednej wsi i bronić się.

Mieliście broń?
– Nie, chcieliśmy się bronić przy pomocy prymitywnej broni, organizować alarmowe powiadamianie, schrony dla ludności. Niestety pomysłu nie udało się zrealizować.

Dlaczego?
– Polacy odmówili. Po pierwsze, uważali, że dobrze żyją ze swoimi ukraińskimi sąsiadami, którzy ich w razie zagrożenia obronią. A po drugie, wtedy były żniwa, rolnicy bali się zostawić swoje zbiory, bo nie mieliby co jeść i czym w przyszłym roku obsiać pól.

11 lipca nastąpiło apogeum ukraińskich zbrodni…
– W tym dniu UPA, bojówki OUN i część miejscowej ludności ukraińskiej zaatakowały o świcie, o tej samej godzinie ponad 160 osad i wsi polskich głównie w powiecie włodzimierskim, horochowskim i kowelskim. Była to dobrze zorganizowana i przygotowana operacja.

Terror dotknął Pańską rodzinę…
– Mieszkaliśmy w gospodarstwie oddalonym od wsi o 400-500 metrów. O świcie 11 lipca ktoś zastukał do okna. Ojciec zobaczył Polaka z Gurowa, kolonii polskiej, oddalonej o 3 kilometry, był zakrwawiony i zszokowany, powiedział – Uciekajcie, bo nas mordują. Pobiegł dalej na stacje kolejową, liczył, że ochronią go stacjonujący tam Niemcy albo gdzieś wyjedzie. Ubraliśmy się, ojciec zabrał dokumenty i najważniejsze rodzinne pamiątki. Nic więcej nie zabieraliśmy. Byliśmy przerażeni, słychać było strzały, wiadomo było, że coś złego się dzieje. Wybiegliśmy z domu nie zamykając drzwi, przy budzie został pies.

Gdzie się schroniliście?
– Zatrzymaliśmy się u czeskiego gospodarza. Po chwili zjawił się Krasowski, który miał tam swoją kwaterę. Wkrótce zjawił się też dobry znajomy ojca, Ukrainiec, Martyniuk. Powiedział, żebyśmy siedzieli spokojnie, oni pilnują, żeby nam nic się nie stało. U sąsiadów byli na podwórku Ukraińcy obserwujący okolicę. Po drogach przejeżdżały furmanki z uzbrojonymi Ukraińcami. Słychać było strzały i krzyki, niedaleko była druga kolonia polska, Nowiny, gdzie Ukraińcy również wymordowali Polaków. Wieczorem pojawił się teść Krasowskiego, Finek, zabrał zięcia i mnie do siebie, mama się nie zgadzała, ale poszliśmy tam. W nocy w gospodarstwie Finka pojawili się banderowcy, wyskoczyliśmy przez okno, pobiegliśmy w różne strony. Pomogło mi się uratować wysokie zboże. W pewnym momencie zorientowałem się, że nie wiem gdzie jestem, ani w którą stronę iść, bo wysokie zboże uniemożliwia orientację. Chciałem wracać do Czecha, gdzie byli rodzice. Gdybym wyszedł na ukraińską wieś, zabiliby mnie.

Co Pana uratowało?
– Usłyszałem szczekanie psa, głęboki, charakterystyczny głos. To był mój pies, Misiek, poznałbym jego szczekanie wszędzie. Wiedziałem, że jestem blisko domu. Poszedłem w kierunku domu, chciałem podziękować psu za uratowanie życia, ale do domu nie wszedłem, bałem się, że mogą tam być Ukraińcy. Obszedłem gospodarstwo i wróciłem do rodziców. Mama czekała na mnie na podwórku. Było już rano, zjedliśmy śniadanie, pojawił się Martyniuk i powiedział, że już nie są w stanie nas obronić. Poradził nam, żebyśmy wyjechali do Włodzimierza. Dostaliśmy od naszych gospodarzy prowiant i poszliśmy na stację kolejową. W drodze na stacje ochraniali nas znajomi Ukraińcy. Tam dopiero zorientowaliśmy się, co się wydarzyło w naszej okolicy. Pełno ludzi, niektórzy zakrwawieni, niektórzy dostali pomieszania zmysłów, opowiadali o niesamowitych scenach, jakie rozgrywały się w miejscowościach, z których uciekli. Wtedy zorientowaliśmy jak wielki zakres miała akcja banderowców. Do Włodzimierza dotarliśmy pociągiem towarowym.

Co się działo we Włodzimierzu?
– Olbrzymie tłumy koczowały na ulicach. Ofiarność i solidarność Polaków z Włodzimierza była ogromna, pomagali jak mogli, przecież uciekinierzy nic ze sobą nie mieli, nigdy potem z niczym podobnym się nie spotkałem.

Zorganizowaliście obronę?
– Powstał komitet obywatelski na czele z księdzem proboszczem Kobyłeckim. Poszli do komisarza niemieckiego, żeby pomógł chronić Polaków, bo bojówki ukraińskie mordowały już Polaków na przedmieściach Włodzimierza. Powiedział, że nie ma wojska, garnizon niemiecki w mieście był niewielki. Radził, żeby ludzie jechali całymi rodzinami do Niemiec na roboty. Niektóre rodziny jechały, aby być jak najdalej od tego piekła. Naszej konspiracji zależało na zatrzymaniu ludności, żeby Wołyń dalej był polski. Komisarz zgodził się przekazać nam broń na zorganizowanie polskich placówek pod nadzorem Niemców. Zgodę wyraził komendant AK we Włodzimierzu, głównym organizatorem placówek był Krasowski. Powstało kilka placówek samoobrony ochraniających Włodzimierz przed atakami Ukraińców. Później powstały polski oddział chroniący Polaków ukrywających się na terenie powiatu włodzimierskiego, przywoził ich do Włodzimierza, pilnował bezpieczeństwa żniwiarzy.

Druga część wywiadu z prof. W. Filarem opowiadająca o jego walce w szeregach 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK ukaże się w „Naszej Polsce” w sierpniu oraz na portalu Pressmix.

Tygodnik „Nasza Polska”, nr 29, 16 VII 2013.

Komentarze

komentarze