Urban przeprasza TuskaPo 24 latach zmagania się z przeszłością i prób budowania suwerennej Rzeczypospolitej, w gmachu na Szucha lepiej niż gdziekolwiek gołym okiem widać jak wiele jeszcze zostało z epoki PRL. Obsadzenie stanowiska ministra właścicielem „strefy zdekomunizowanej” w Chobielinie nic tu nie zmieniło. Pozostał archaiczny urząd, zdominowany przez układ pracowników i współpracowników służb specjalnych o PRL-owskim rodowodzie, synalków sowieckich generałów, działaczy komunistycznych organizacji młodzieżowych, ślubnych i nieślubnych potomków Bieruta. Czy wiesz Czytelniku, że w MSZ Sikorskiego funkcjonują do dziś ludzie Urbana, że suwerenną RP reprezentuje lub raczej przeciw jej interesom agituje wataha dyplomatów, byłych współpracowników „Goebbelsa stanu wojennego”? Wymieńmy tu (lub – używając terminologii samego ministra – „dorżnijmy”) kilku z nich…

Grzegorz Dziemidowicz – ten wypróbowany i wierny działacz frontu propagandowego PRL za prezesury Urbana w Radiokomitecie był jednym z głównych PRL-owskich agitatorów, dyrektorem reżimowych programów informacyjnych Polskiego Radia i TV, prezenterem „Dziennika TV”. Z poręki Geremka był ambasadorem RP w Kairze i Atenach. Dziś szkoli dla MSZ dyplomatyczny narybek w Collegium Civitas.

Jacek Kluczkowski – w latach 80. dziennikarz „Sztandaru Młodych”, doradca Kwaśniewskiego, b. ambasador w Kijowie, dziś z nadania Sikorskiego reprezentuje RP w Astanie. W dyplomacji III RP działali także czołowi dziennikarze partyjnej w stanie wojennym „Polityki” i tym samym współpracownicy Urbana. Daniel Passent i Krzysztof Mroziewicz, bo o nich mowa, w plugawych tekstach szydzili z opozycji i z internowanych w stanie wojennym, byli zawziętymi krytykami zmian, które dokonały się w Polsce po 1989 r. Ich teksty zawsze stały w jawnej sprzeczności z deklarowanymi pryncypiami polityki zagranicznej III RP. Po ulokowaniu Mroziewicza i Passenta w dyplomacji w stopce redakcyjnej „Polityki” pojawił się komunikat: Oddelegowani do MSZ.

Dziennikarze byli, po duchowieństwie katolickim, grupą zawodową poddaną największej infiltracji komunistycznych służb. Nasycenie informatorami bezpieki było szczególnie duże w redakcjach zagranicznych, przykładem jest tu kariera Macieja Górskiego. Jako funkcjonariusz i szef Centrum Prasowego PAI „Interpress” zasłynął z wystąpień w mundurze u boku Urbana, prowadząc mu cotygodniowe konferencje prasowe. W 1989 r. został prezesem „Interpress”, a następnie wysokim urzędnikiem państwowym (w latach 1996-2000 ambasadorem w Rzymie, od 2003 r. wiceministrem obrony narodowej ds. polityczno-wychowawczych i wreszcie ambasadorem w Atenach). W lipcu 2003 r. w oświadczeniu lustracyjnym przyznał się, że był tajnym i świadomym współpracownikiem organów bezpieczeństwa PRL. „Interpress” była istotnym elementem propagandy adresowanej do zachodniej opinii publicznej. Rozpracowywała korespondentów zagranicznych przybywających do Polski, a także pracowników polskich placówek zagranicznych. Stanowiska kierownicze w Agencji objęte były ścisłą nomenklaturą partyjną, a Agencja znajdowała się w sferze zainteresowań służb specjalnych.

Sikorski, jak przystało na specjalistę od „dorzynania watah”, po objęciu urzędu ministra, nie tylko pozostawił na stanowiskach wszystkich weteranów komunistycznej propagandy, ale – co bardzo znamienne – otoczył ich synowską opieką. I tak Maciejowi Górskiemu, było nie było, jednemu z pomagierów współtwórcy stanu wojennego, nie tylko nie pozwolił przejść na emeryturę (ma się rozumieć „mundurową”), ale „wybłagał”, przywołując jego doświadczenie i fachowość, pozostanie w MSZ. Na co ten ostatni łaskawie przystał. Sikorski zgodził się także na zatrudnienie w dyplomacji dwóch jego synów: Michał Górski już jest konsulem w Mediolanie; drugi syn – Marcin – II sekretarzem w Oslo (notabene wnuków Bieruta, bo Górski to nieślubny syn Bolesława Bieruta i jego sekretarki Wandy Górskiej z PPR). Ale to nie koniec. Dziś Maciej Górski dowodzi również powołanej przez Sikorskiego „Grupie Refleksyjnej”, tj. skupiającemu byłych ambasadorów zespołowi, mającemu w założeniu wypracować nową koncepcję funkcjonowania Ministerstwa.

Oddelegowany do MSZ

Na tę swoistą „listę hańby” Sikorski dopisał ostatnio kolejnego funkcjonariusza frontu propagandy stanu wojennego – Aleksandra Chećkę, z podobnymi jak wcześniej opisany Górski, koneksjami rodzinnymi i dziennikarskimi. Chećko jest potomkiem czerwonego rodu-dynastii agitatorów PZPR, synem Włodzimierza, funkcyjnego dziennikarza i wysokiej rangi funkcjonariusza prasowego PRL, byłego redaktora naczelnego gazety „Gromada – Rolnik Polski” (nawiasem mówiąc przed nim w latach 1949-1971 funkcję tę pełniła Irena Grosz, z domu Sznajberg, matka znanej w MSZ Małgorzaty Lavergne). Na front propagandowy Chećko-junior wstąpił w stanie wojennym, w redakcji „Życia Warszawy”. Burzliwe wydarzenia 1989 r. rzuciły go na niemniej ważny odcinek tego frontu, w latach 1989-1995 , tj. już w III RP odnalazł się w „Polityce”, u boku Daniela Passenta.

W pierwszej połowie lat 90. była sobie w stolicy wredna, nielubiąca komunistów gazeta – „Życie Warszawy”. To ona pisała o „czerwonej pajęczynie”, nabytych przez panie Kwaśniewską i Oleksy razem z państwowymi firmami akcjach „Polisy”, o słynnych wakacjach Kwaśniewskiego z agentem. Jej siłę stanowił młody zespół, z którego po latach wyrosło wiele gwiazd polskich mediów. Gdy jej właściciel, Włoch Nicola Grauso postanowił gazetę sprzedać, a dziwnym zrządzeniem losu było to tuż po zwycięstwie wyborczym Kwaśniewskiego, na scenę wkracza biznesmen, producent wody mineralnej Zbigniew Jakubas (dziś właściciel Mennicy Polskiej, któremu – ma się rozumieć zupełnie przypadkowo – ostatnio w interesach ze skarbem państwa zaczęło się nadzwyczaj wprost szczęścić). Pozbawia Kwaśniewskiego kłopotu, kupuje gazetę, a redakcję zamienia na czerwoną. Pierwszy śmiertelny cios zadaje gazecie powierzając kierowanie swoim nowym nabytkiem… Chećce. Większość dotychczasowych dziennikarzy, nie godząc się i na Chećkę, i na zmianę linii politycznej gazety, odchodzi z niej z dnia na dzień. Jej nakład spada. Nigdy nie odzyskuje pozycji. W końcu upada.

W styczniu 1996 r. na okładce „Życia Warszawy” ukazało się zdjęcie mjr. Grigorija Jakimiszyna. Ilustrowało artykuł pod niebywałym tytułem: „Oto jest głowa zdrajcy”. Chodziło o oficera wywiadu rosyjskiego, który podjął współpracę z UOP w kontekście afery „Olina” i działalności szpiegowskiej płk. Ałganowa. Był to jeden z największych skandali w historii dziennikarstwa III RP. Publikacja, a właściwie machinacja zaprojektowana przez wojskowe służby specjalne PRL-owskiej proweniencji, zwiększyła fizyczne zagrożenie dla człowieka, którego ochrona była obowiązkiem Polski, a także sprzyjała paraliżowaniu działań operacyjnych UOP wobec „przyjaciół” płk. Ałganowa. Broniła natomiast interesu postkomunistycznej sitwy i postawy WSI ws. „Olina”. Dziennikarz Jacek Łęski opublikował swego czasu listę członków „towarzystwa” PRL-bis, którą sam nazwał „Alfabetem Szulerów”. Jej tekst krąży do dziś w internecie. Obok bohaterów i bohaterek „czerwonej pajęczyny” i wyrobników komunistycznej propagandy – Urbana, Rywina, Paradowskiej i Passenta – jest także na niej Aleksander Chećko. Rozłożenie gazety na obie łopatki przyszło mu łatwo. Miał wszystkie ku temu potrzebne „atuty”, dyskwalifikujące go jako szefa jakiegokolwiek przedsięwzięcia: nałóg, nieróbstwo, lekceważenie obowiązków, niezdolność do jakiejkolwiek metodycznej pracy, apodyktyczność i mściwość.

Urban bierze wszystko

Po wykonaniu misji w „Życiu Warszawy”, Chećko wraca do „Polityki” i polityki. Po krótkim epizodzie kierowania z ramienia SLD Programem I PR zostaje – znowu w ramach, jak to określił Lenin, „organizatorskiej funkcji prasy” – rzecznikiem prasowym Cimoszewicza. Tym razem w stopce redakcyjnej „Polityki” nie ujawniono, tak jak w przypadku Mroziewicza i Passenta, rozkazu służbowego: „oddelegowany do MSZ”. Rzecz ciekawa, w „Polityce” nie publikował samodzielnie, lecz prawie zawsze w tandemie z takimi tuzami redakcji jak Stanisław Podemski, Marek Henzler, wreszcie Janina Paradowska. Z uwagi na dziennikarską, a może polityczną niedojrzałość? Z powodu „skłonności” do zawalania podjętych zobowiązań i terminów? Rzecz równie ciekawa, że Cimoszewicz odwdzięczył się swemu rzecznikowi jedynie – podrzędnym w sumie – stanowiskiem konsula w Belgradzie. Czyżby z tych samych powodów?

W latach PRL funkcje redaktorów naczelnych objęte były ścisłą nomenklaturą i rozdawane z klucza partyjnego. Przykładem jest kariera ojca Chećki. Kreatorem i nadzorcą systemu propagandowego było najpierw istniejące do 1947 roku Ministerstwo Informacji i Propagandy, następnie odpowiednia komórka KC PZPR – Biuro Prasy. Miało ono swoją filię polityczną w ministerstwach, takich jak MSZ. Władze PRL przywiązywały dużą wagę do mediów – i to nie tylko w sferze propagandy. W poufnych raportach dziennikarze informowali o nastrojach społecznych, wizytach zagranicznych dziennikarzy itp. Media znajdowały się również w sferze zainteresowań służb specjalnych. Ich kontrolą zajmował się Departament III, ale w niektórych okresach i przypadkach także inne piony, m.​in. Departament II. W prasie chłopskiej „specjalizowała się” natomiast bezpieka wojskowa. Nasycenie informatorami bezpieki było szczególnie duże w redakcjach zagranicznych, przykładem jest kariera późniejszych ambasadorów – Macieja Górskiego i płk Mirosława Wojciechowskiego (szefa „Interpress” i prezesa Radiokomitetu). Nie ma wydajniejszej agentury niż dziennikarska. W tym zawodzie można pytać, ile się chce i gadać, co chce bez wzbudzania podejrzeń. Przez media najłatwiej też dezinformować, organizować nagonki, niszczyć przeciwników, prowokować, szantażować i… wynagradzać. Takiego narzędzia nie wyrzekły się także „nasze” specsłużby. Każdy, nawet niezbyt uważny obserwator polskich mediów, bez kłopotu dostrzeże, że nie mają one najmniejszych kłopotów, by publikować w nich, co chcą,. Przykładem mógłby być ewidentnie inspirowany przez WSI, wybielający Oleksego i broniący interesu postkomunistycznej mafii artykuł w organie Chećki. W stanie wojennym znaczna część środowiska dziennikarskiego dokonała „jedynego słusznego wyboru”, dogadała się z trepami z wojska, albo wręcz założyła mundury. Dzisiaj stali się demiurgami prasy III RP. Wydaje się do dzisiaj ich pracodawcą jest Urban i (podobno rozwiązane) WSI. Gruba kreska i także, jak się okazuje tacy jak Sikorski. właściciele „strefy zdekomunizowanej” nie tylko umożliwili im kontynuowanie błyskotliwej kariery, ale dali nowe możliwości.

Dyplomaci PRL i PRL-bis

Potomków czerwonych dynastii, takich jak Chećko, w MSZ jest co niemiara. Żaden z nich nie trafił tam przypadkiem, dzięki szczęściu lub talentowi. Ich obecność w dyplomacji to następstwo zapobiegliwości Kiszczaka i jego towarzyszy. Odtajnione dokumenty MSW i II Zarządu Sztabu Generalnego wskazują jednoznacznie, że w latach 1987-1988, tj. w okresie przygotowań tzw. transformacji, na rok przed obradami okrągłego stołu, powstały tajne komórki, m.​in. biuro „Z” – odpowiedzialne za media. A w ślad za tym stosowne rozkazy nakazujące obsadzanie redakcji mediów odpowiednimi ludźmi – młodymi wówczas dziennikarzami, którzy po kilku latach mieli zostać (i zostawali) medialnymi „autorytetami”. Role w tym „komuszym teatrze” obsadzono bardzo starannie, a ludzie Kiszczaka zadbali, by nic i nikt nie zakłócił takiego scenariusza.

Promotorem kariery Chećki w MSZ był dyrektor generalny Jarosław Czubiński (dziś już ambasador RP w Wilnie), kolega inkryminowanego z Uniwersytetu Warszawskiego oraz – przypadkowo oczywiście – syn prokuratora generalnego i szefa wojsk MSW w czasach PRL, a także – w powszechnym odczuciu – kadrowy oficer WSI). Chećko formalnie dyrektorem Centrum Operacyjnego MSZ (pod tą tajemniczą, ale i niefortunną nazwą kryje się komórka zajmująca się zarządzaniem kryzysowym) zostaje w wyniku rozstrzygniętego konkursu. O stanowisko ubiegał się tylko on. Zdaniem wtajemniczonych jedynym kandydatem był z prostego powodu – po prostu było pewne, że konkurs wygra i wszyscy o tym wiedzieli już w momencie jego ogłoszenia. Po co ktoś inny miałby ubiegać się o stanowisko, czynić starania, pisać koncepcje pracy, skoro z góry był na przegranej pozycji. Czubiński anulował dyskwalifikującą go przy ubieganiu się o takie stanowisko mocno złą opinię poprzedniego przełożonego z Belgradu. Zignorował także wymogi konkursowe odnoszące się do znajomości języków obcych. Chećko o tym, że konkurs wygra rozpowiadał już w przeddzień jego ogłoszenia. Ważniejsze, że już od początku swojej pracy w ministerstwie, pozyskał niezwykłe zaufanie resortowych oficerów WSI.

Człowiek spraw przegranych

Przy okazji, Chećko to jeden z najgorszych urzędników, jakich zna gmach na Szucha. Ma wszystkie dyskwalifikujące go, szczególnie jako szefa centrum zarządzania kryzysowego, cechy: niepunktualność, lekceważenie podjętych zobowiązań, niezdolność do jakiejkolwiek metodycznej pracy, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. Zadania kierowania Centrum Operacyjnym nie udźwignął. Tak jak nie poradził sobie wcześniej z innymi, a te które mu powierzono stały się obrazem nędzy i rozpaczy. Coraz dłuższe są okresy paraliżu decyzyjnego i organizacyjnego, kiedy dla zarządzania kryzysowego (i tym samym dla Sikorskiego) jest nieosiągalny. Ktoś z jego podwładnych makabrycznie określił sytuację: „Jeszcze pół litra i byle do jutra”. Podsumowaniem zdolności Chećki do zarządzania kryzysowego był tragiczny wypadek polskiego autokaru wiozącego górnicze rodziny z dziećmi pod Nowym Sadem w Serbii w lipcu 2008 r. Chećko, wówczas konsul w Belgradzie, całkowicie sparaliżowany strachem przed zrobieniem czegokolwiek, zamknął się w swym gabinecie, nie odpowiadał na telefony, nie był w stanie pozbierać się w sobie. W relacji petentów konsulatu, zza drzwi jego gabinetu roznosiła swój charakterystyczny aromat rakija śliwkowa. Całość akcji ratunkowej prowadzić musiał sam ambasador (na szczęście konsularnik z wieloletnim doświadczeniem). Fachowiec od sytuacji kryzysowych według relacji pracujących z nim to klasyczny alkoholik. W pracy ma zwyczaj pojawiać się około południa. Zawsze przy tym nabzdyczony. Zawsze w oparach taniej wody kolońskiej. Nie zawsze jednak maskującej woń alkoholu. Lata stresu i napięcia robią swoje. Środowisko dziennikarskie PRL, z którego się wywodzi, porażki w pracy propagandowej, a także wyrzuty sumienia zapijało dużą ilością niezbędnej do znieczulenia wódki. Nałóg często eliminował z frontu propagandy, chociaż – jak się okazuje – pomagał na innych frontach. Ciągle jednak dają znać o sobie charakterystyczne dla tego nałogu zachowania i objawy: pamiętliwość, małpia złośliwość, chorobliwe zmiany nastrojów, często furiackie podejście do otoczenia.

Chciałoby się wiedzieć, czemu lub komu Chećko i jemu podobni zawdzięczają tak błyskotliwą, w sumie, karierę. Kto ich promuje? Kto wytycza „ścieżkę kadrową”? Do sukcesów zawodowych dochodzi się w MSZ wieloma drogami, chociaż żadna nie prowadzi przez ciężką pracę. Tu w awansowaniu nie liczy się wiedza, kompetencje, osiągnięcia zawodowe, talent, predyspozycje. Liczą się gry nieformalne, umiejętność przypodobania się ministrowi, donosicielstwo, intryganctwo. Miernoty są na te metody wręcz skazani. Ich determinacja jest przy tym bardzo wysoka. Ryszard Kapuściński w „Cesarzu” pisze: „w sytuacjach zagrożenia miernota przemienia się w bestię”. Blef, granie kogoś, kim się nie jest. Tak naprawdę tacy, jak tu opisani, to Dyzmy. Dyzmy polskiej dyplomacji, Dyzmy polskiego dziennikarstwa. Recenzent satyrycznej powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza o takim tytule, o jej bohaterze pisał: dzięki zbiegom okoliczności, a także zachowaniu uznanym za wysoce oryginalne, robi oszałamiającą karierę, zostaje nawet ministrem. Choć szef policji i główny antagonista Dyzmy znają prawdę o nim – milczą. Demistyfikacja Dyzmy groziłaby bowiem kompromitacją najwyższych sfer i stosunków panujących w ówczesnym polskim establishmencie. A Dyzmę czekają nowe zaszczyty …

Nominacja – prowokacja

Dziś do życiorysu Chećki dorzucić możemy kolejną cegiełkę. W MSZ zapadła decyzja. Ma zostać ambasadorem RP w Serbii. Szkoda tylko placówki w Belgradzie i jej pracowników. Awans Chećki jest dowodem na pewną prawidłowość, która w PRL-bis przyjęła się już na dobre – sztandarowa postać minionego systemu reprezentuje za granicą suwerenną RP. Jest też dowodem, że Urban, symbol zakłamania, cynizmu i podłości, niewahający się, pełen buty i pogardy wyszydzać wszystkiego, co w Polsce było i jest szlachetne, znowu triumfuje, że wraca na medialne salony z gromadką swych wychowanków, gotowych na każdą nikczemność. Dziś promotorem kariery Chećki jest dyrektor generalny MSZ Mirosław Gajewski, tylko przypadkiem „robiący” w dyplomacji wyszkolony w Moskwie reprezentant utajnionej części administracji publicznej. Ktoś powiedział, że tu jest „WSI-bis”, chociaż w mundurach dyrektorzy nie chodzą. Mają natomiast miejsce procesy charakterystyczne dla instytucji niecywilnych, a techniki bezpieczniackie zdominowały wewnętrzną kulturę urzędniczą. Swego rodzaju signum temporis jest, że na jednego z głównych zauszników i doradców Sikorskiego odpowiedzialnych za politykę kadrową wysunął się absolwent sławetnego moskiewskiego MGIMO, ożeniony w dodatku z poznaną w Moskwie sowiecką obywatelką sowieckiego wówczas Kazachstanu. Krótko mówiąc, dyplomata o solidnych referencjach tajniaka, które nawet za komuny mogły imponować. Gajewski to jeden z licznych w otoczeniu Sikorskiego butnych, pełnych pogardy do wszystkiego, co nie w mundurze, przekonanych o swej wyjątkowej pozycji i misji, wojskowych trepów. Powstaje pytanie, w czym doradza ministrowi rezydent tajnej policji politycznej? Czym przekonał go do potrzeby korzystania ze swych „specjalistycznych usług”? Jak udowodnił, że jest „fachowcem” nie do zastąpienia?

Doświadczenie wskazuje, że obejmowanie ważnych funkcji przez kolejne generacje komunistycznych propagandystów, zdobywanie zaszczytnych tytułów nie jest w MSZ zbyt trudne. Wystarczy spełniać jeden z trzech warunków: odpowiedni rodowód, powiązania ze specsłużbami i praca „pod Urbanem”. Te trzy „zalety” często chodzą razem, a ideałem jest ich połączenie. Takim trzygwiazdkowym dyplomatą, którego owe wszystkie „przypadłości” dopadły wydaje się bohater tego tekstu. A propos nałogów dyplomatów Sikorskiego. Każdy, kto z racji pełnionego stanowiska musi mieć dostęp do informacji stanowiących tajemnicę, podlega prześwietleniu przez ABW. Poczesne miejsce w trakcie takiej procedury zajmują (a właściwie zajmować powinny) informacje o tym, czy delikwent ma kontakt z narkotykami, czy nadużywa alkoholu. Stosowna ustawa wyraźnie mówi, że tacy certyfikatów bezpieczeństwa dostać nie powinni. Przyszły ambasador w Belgradzie alkoholu wyraźnie nadużywa. Daje gwarancję, że w Serbii wzrośnie, i to znacznie, poziom spożycia rakii.

MSZ to dziwny twór. Trudno znaleźć inny przykład, gdzie służby specjalne i powiązane z nimi środowiska byłyby równie i powszechnie dominujące. Jedyna przychodząca na myśl analogia to MSZ Putina. Po 24 latach zmagania się z przeszłością i prób budowania suwerennej Rzeczypospolitej, w gmachu na Szucha lepiej niż gdziekolwiek gołym okiem widać, jak wiele jeszcze zostało z epoki PRL. Obsadzenie stanowiska ministra właścicielem „strefy zdekomunizowanej” w Chobielinie nic tu nie zmieniło. Pozostał archaiczny urząd, zdominowany przez układ pracowników i współpracowników służb specjalnych o PRL-owskim rodowodzie, synalków sowieckich generałów, działaczy komunistycznych organizacji młodzieżowych, ślubnych i nieślubnych potomków Bieruta. Chećko, Czubiński, Gajewski – te nazwiska mówią same za siebie. Proweniencja osób z otoczenia Sikorskiego, demonstracyjne wręcz promowanie „dyplomatów” przywołujących najgorsze skojarzenia z okresem PRL wzbudzają najwyższy niepokój. Szokują skandaliczne przypadki awansowania na ambasadorów małych cichych konfidentów i pospolitych pijaczyn; szokuje zuchwałość, na którą nie pozwoliłby sobie nawet ich wcześniejszy patron – Cimoszewicz i jego wojskowe otoczenie.

Krzysztof Górecki

Felieton pierwotnie opublikowano w tygodniku ogólnpolskim „Warszawska Gazeta”.

Komentarze

komentarze