Wolna PolskaKilkanaście dni temu podzieliłem się z mediami opinią o Białej Księdze Bezpieczeństwa Narodowego, która została opublikowana przez BBN. Moje słowa krytyki spotkały się z ripostą gen. Stanisława Kozieja, na którą muszę odpowiedzieć, gdyż niestety mija się ona z prawdą. Stwierdziłem wówczas, że publikacja BBN-u ma raczej charakter akademicki. Tak jak wielu komentatorów, zwróciłem uwagę, że Biała Księga nie zawiera listy i definicji istotnych zagrożeń dla Polski i nie wskazuje ewentualnego agresora. Nie znajdujemy zatem w publikacji konkretnych recept i scenariuszy odpowiedzi na tradycyjny konflikt, mogący nadejść zza wschodniej granicy Polski, czyli z obszaru, na którym występuje deficyt demokracji. Wyraziłem przypuszczenie, że taki brak może być wynikiem ostrożności i poprawności politycznej.

Przyznałem jednocześnie, że opisane instrumentarium zachowania państwa i reagowania kryzysowego może jednak służyć studentom i początkującym urzędnikom za podręcznik w dziedzinie administrowania instytucjami zajmującymi się szeroko pojętym bezpieczeństwem państwa.

Historia niegodziwości

W odpowiedzi na to gen. Koziej opublikował na stronie BBN-u list otwarty, w którym zarzuca, że Strategiczny Przegląd Bezpieczeństwa Narodowego oraz Biała Księga poświęcona bezpieczeństwu nie powstały wcześniej i że powinienem jako wiceszef BBN-u w latach 2008–2010 w ten sposób zrealizować dyrektywę śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Zarzut prosty, ale nieprawdziwy. Otóż Generał Koziej raczył zapomnieć, jaką atmosferę pracy śp. Prezydentowi oraz jego współpracownikom zgotowała koalicja rządząca, która dochodziła do władzy pod koniec 2007 r. pod hasłem dorżnięcia watahy. O tym, jaki rozpętano przemysł pogardy wobec Prezydenta i opozycji opisane jest już w opasłych książkach. Prezydenta, Kancelarię Prezydenta i BBN odcinano od informacji państwowej, depesz dyplomatycznych czy spotkań z urzędami zajmującymi się bezpieczeństwem państwa. Zabierano paszporty dyplomatyczne, certyfikaty bezpieczeństwa, a placówkom polskim za granicą zakazywano obsługiwania zagranicznych wizyt prezydenckich ministrów.

Metodami administracyjnymi próbowano wyrugować Prezydenta z zagranicznych wizyt, odbierając mu prawo do samolotu rządowego. W grudniu 2008 r. premier Tusk stwierdził w Brukseli, że Prezydent jest mu do niczego niepotrzebny. Wreszcie za pośrednictwem Trybunału Konstytucyjnego starano się niekorzystnie zinterpretować konstytucyjne uprawnienia Prezydenta. W 2008 r. rząd zbojkotował nawet artystyczne uroczystości w Teatrze Wielkim z okazji 90. rocznicy odzyskania niepodległości. Od 2009 r. rząd dublował wszelkie uroczystości państwowe, aby nie brać udziału w tych, w których występował Prezydent.

Przez lata trwała kampania szydzenia z Prezydenta, że mały, że były, że cham etc. Drwiono z Jego wyjazdów i wschodniej polityki zagranicznej. Pamięta Pan Generał szyderstwa swojego pryncypała o ślepym snajperze („jaka wizyta, taki zamach”)? A raport ABW o wizycie w Gruzji, który został rozesłany do kilkudziesięciu urzędów, dokładnie po to, by szybko wyciekł do opinii publicznej, a który potem posłużył za pretekst do inwigilowania samego Prezydenta i jego współpracowników. Czy w takiej atmosferze można było dokonać strategicznego przeglądu bezpieczeństwa?

W takiej atmosferze można było jedynie doprowadzić do tragedii smoleńskiej. O, przepraszam, w obecnej Kancelarii Prezydenta aż takiej tragedii z tego się nie czyni. Tam dominuje pogląd, wyrażony przez prof. Nałęcza i nigdy niezdementowany, że warto było złożyć każdą ofiarę, aby premier Putin pojawił się w Katyniu obok premiera Tuska.

Kompromis historyczny

Pan Generał wytyka mi, że nie skorzystałem z zaproszenia do odwiedzenia BBN-u. W przelotnej rozmowie w Sejmie wspomniał Pan, abym wpadł na kawę. To nie było zaproszenie do współpracy. Więcej, od 2010 r., kiedy pojawił się Pan Generał w BBN-ie, aż do opublikowania ostatnio Białej Księgi, żaden ekspert kojarzony z politycznymi nurtami na prawo od Platformy nie został dopuszczony do tych prac. Licznie zaś jest reprezentowane grono lewicujących ekspertów i polityków, a nawet uznanych za TW czy KO służb PRL-u. Ciekawe, dlaczego tak się dzieje? Otóż, od początku tej prezydentury jestem przekonany, że Kancelaria wraz z BBN-em stanowią poletko doświadczalne dla PO w dziedzinie tworzenia kolejnej wersji „kompromisu historycznego”. To marzenie części polityków Okrągłego Stołu, a następnie Unii Wolności, aby doprowadzić do sojuszu liberałów i socjaldemokratów-postkomunistów. Kancelaria Prezydenta od początku była zatem mieszanką polityków UW i tych o lewicowej orientacji. Pamiętamy nawet otwarty flirt z gen. Jaruzelskim. Ostatnio premier Tusk przyznał, że posiada duszę socjaldemokraty i zapowiedział koalicję z SLD w następnych latach. Mam nadzieję, że rozumie Pan Generał już, że został wykorzystany do eksperymentu z dziedziny inżynierii politycznej. Nie chodziło o stworzenie merytorycznego raportu, uwzględniającego interesy bezpieczeństwa kraju. Chodziło o sprawdzenie, czy i jak dyskutujące strony są w stanie pójść na kompromisy polityczne. I takie ćwiczenie Pan Generał przeprowadził, być może nieświadomie, czego serdecznie współczuję.

Warto jednak zastanawiać się nadal. Czy brak wskazywania zagrożeń zewnętrznych, szczególnie ze Wschodu, jest tylko wynikiem kompromisu ze środowiskami lewicowymi, nadal oczarowanymi ewentualnymi dobrodziejstwami płynącymi ze spolegliwej współpracy z Rosją? Ów brak oznacza porzucenie prac nad zaopatrzeniem sił zbrojnych w kosztowne systemy wojskowe służące do obrony granic i naszego terytorium. Takie rozumowanie służyć może następnie roszczeniom, aby odejść od sztywnego wskaźnika wydatków wojskowych w budżecie państwa. Jeśli to prawda, to akademickie ćwiczenie Pana Generała może zostać wykorzystane do dalszego osłabienia potencjału obronnego Polski.

Stan wojenny bis

I jeszcze dalej. Tłumaczy Pan Generał, że siły zbrojne są budowane, zgodnie z zaleceniami NATO, do zadań ekspedycyjnych, do użycia w odległych regionach, tam gdzie rodzą się niebezpieczeństwa dla Europy. Szkopuł w tym, że tych lekkich i mobilnych sił ekspedycyjnych obecny rząd i prezydent nie chcą używać w międzynarodowych misjach. Przed laty wycofaliśmy się z Iraku, Libanu, Wzgórz Golan. Prezydent Komorowski domagał się pilnego wycofania wojsk z Afganistanu. Po co zatem budujemy nadal lekkie jednostki do patrolowania i pacyfikowania górskich lub pustynnych obszarów, których to sił do takich ekspedycji nie chcemy używać, a do obrony Polski są one albo nieprzydatne, albo niepotrzebne? Czy odpowiedzi na ten dylemat nie należy poszukiwać w oświadczeniu premiera Tuska, że władzy bez walki nie odda? Czy antyfaszystowska histeria mediów sprzyjających rządowi nie wpisuje się w scenariusz wykorzystania tak tworzonej armii do obrony rządzącej koalicji? Do obrony zdumionego premiera Tuska i zdziwionej prezydent Gronkiewicz-Waltz, że wiarołomne społeczeństwo nie docenia ich reform? Czy więc doświadczenia z patrolowania afgańskiej prowincji nie zostaną następnie wykorzystane do pacyfikowania polskich miast?

Panie Generale, czy ma Pan świadomość w jak niebezpiecznej grze Pan uczestniczy? Powyższych wątpliwości i dylematów nie da się wyjaśnić przy koleżeńskiej kawie. To wymaga wyłożenia kawy na ławę przed całym Sejmem, przed całym społeczeństwem. Obecny kryzys gospodarczy, zbliżający się kryzys polityczny obozu rządowego oraz seria wyborów nie mogą odbywać się w cieniu niejasnej postawy polskich sił zbrojnych.

Witold Waszczykowski

Tekst pierwotnie ukazał się w „GPC” 13 czerwca 2013r.

Komentarze

komentarze