SONY DSC– Ludzie są już tak wściekli na tę arogancką i odklejoną od rzeczywistości ekipę rządzącą, że cały ten partyjny spektakl może organizatorom wymknąć się spod kontroli – mówi Dominik Kolorz o planowanym na Śląsku kongresie partyjnym PO. – Jestem ciekaw, co zrobi to partyjne towarzystwo, gdy przed kongresem przywitają ich wkurzeni pasażerowie Kolei Śląskich, wielotysięczne grono nowych bezrobotnych, górnicy z rzekomo nierentownych kopalń, które rząd chce likwidować, nauczyciele, którzy gremialnie popierali PO, a teraz tracą pracę, zatrudnieni na śmieciówkach za jałmużnę absolwenci szkół wyższych czy pacjenci oszukiwani przez ten nieszczęsny twór zwany Narodowym Funduszem Zdrowia – zastanawia się szef Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności”.

– Władza PO, zarówno rządowa, jak i samorządowa w naszym regionie, to pasmo porażek przykrywanych butą i arogancją. Ten kongres to dla mieszkańców naszego regionu świetna okazja, aby powiedzieć bezpośrednio tej ekipie, co o niej myślimy – podkreśla Dominik Kolorz, przewodniczący Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ Solidarność w rozmowie z Grzegorzem Podżornym.

Grzegorz Podżorny: Wkrótce mijają 3 miesiące od solidarnościowego strajku na Śląsku i w Zagłębiu. Co dalej?
Dominik Kolorz: 26 marca otrzymaliśmy rzecz bezcenną, rzecz najważniejszą dla Solidarności i dla całego Międzyzwiązkowego Komitetu Protestacyjno-Strajkowego – potężne zaufanie społeczne na Śląsku, ogromne poparcie dla naszej akcji i dla naszych postulatów. Ten impuls z naszego regionu rozszedł się po całym kraju. We wrześniu będzie już akcja ogólnopolska.

A co z zapowiadaną przez rząd kontynuacją dialogu z MKPS?
– Mimo szumnych zapowiedzi głównego negocjatora rządu, wicepremiera Janusza Piechocińskiego, że bez względu na sytuację na Śląsku rozmowy będą kontynuowane, tych rozmów nie ma. Podobnie chowa głowę w piasek premier Donald Tusk. Podczas ostatniej Komisji Trójstronnej zapraszałem go na Śląsk. Przekonywałem, że nie należy się bać Ślązaków, że jesteśmy w stanie wspólnie wypracować dobre dla ludzi rozwiązania. Nie zdecydował się na skorzystanie z zaproszenia.

Ale jednocześnie trwa próba pokazania, że te postulaty, które zgłasza MKPS, mówią o problemach, które rząd już sam dawno zdiagnozował i przygotowuje lekarstwa, więc protesty i rozmowy w tej sprawie są niepotrzebne. Rządzący ogłaszają swój własny projekt wsparcia dla przedsiębiorstw dotkniętych kryzysem, rządzący mają własny plan likwidacji NFZ, własne recepty na zwalczanie patologii na rynku pracy itd…
– Rząd został zmuszony, aby zająć się postulatami MKPS. Nie mógł powiedzieć, że są to niewarte uwagi populistyczne propozycje warchołów ze związków. Rząd, jak to powiedział 26 marca premier Tusk, pochyla się nad tymi postulatami, ale niestety jest to tylko pochylanie się, sprawianie wrażenia, że coś się robi, nie robiąc nic. Te rządowe propozycje nie niosą ze sobą takich zmian, które rzeczywiście mogłyby satysfakcjonować pracowników i przedsiębiorców.

Premier z zaproszenia do rozmów nie skorzystał, ale pojawi się na Śląsku pod koniec czerwca na partyjnym kongresie. Znajdzie czas, żeby spotkać się z przedstawicielami MKPS?
– Z własnej, nieprzymuszonej woli? Szczerze wątpię. To ma być partyjny teatrzyk na potrzeby członków PO i mediów. Tam nie będzie miejsca na mówienie o realnych problemach zwykłych ludzi. Ale ludzie są już tak wściekli na tę arogancką i odklejoną od rzeczywistości ekipę, że cały ten partyjny spektakl może organizatorom wymknąć się spod kontroli. Jestem ciekaw, co zrobi to partyjne towarzystwo, gdy przed kongresem przywitają ich wkurzeni pasażerowie Kolei Śląskich, wielotysięczne grono nowych bezrobotnych, górnicy z rzekomo nierentownych kopalń, które rząd chce likwidować, nauczyciele, którzy gremialnie popierali PO, a teraz tracą pracę, zatrudnieni na śmieciówkach za jałmużnę absolwenci szkół wyższych czy pacjenci oszukiwani przez ten nieszczęsny twór zwany Narodowym Funduszem Zdrowia. Władza PO, zarówno rządowa, jak i samorządowa w naszym regionie, to pasmo porażek przykrywanych butą i arogancją. Ten kongres to dla mieszkańców naszego regionu świetna okazja, aby powiedzieć bezpośrednio tej ekipie, co o niej myślimy.

Sondaże pokazują, że władza PO nieuchronnie chyli się ku upadkowi, ale do końca kadencji jeszcze daleko…
– My nie patrzymy na kalendarz wyborczy. Mamy własny plan. Nie interesują nas kolejne partyjne przetasowania wśród polityków, tych samych twarzy establishmentu od 20 lat. My dążymy do zmiany całego polityczno-gospodarczego systemu w Polsce. Patrząc na historię naszego kraju, wyraźnie widać, że aby doprowadzić do zmian systemowych, muszą pojawić się przywódcy, do których ludzie będą mieli zaufanie i razem o te zmiany będą walczyć. Myślę, że Solidarność ma szansę, aby być takim zbiorowym przywódcą obdarzonym społecznym zaufaniem. Rozszerza się krąg ludzi, stowarzyszeń i różnego rodzaju organizacji społecznych, chcących współpracować z Solidarnością. Z wieloma działaniami związku zaczynają się utożsamiać polscy przedsiębiorcy. Te wszystkie środowiska, choć różnorodne, łączy wspólny cel. Chcemy dzięki oddolnemu ruchowi społecznemu doprowadzić do zmiany systemu polityczno-gospodarczego w naszym kraju.

Powrót do korzeni?
– Solidarność powołano jako ruch społeczny i związek zawodowy. Solidarność miała pełnić rolę swego rodzaju trybuna ludowego, który ocenia władze, patrzy jej na ręce zarówno na szczeblu przedsiębiorstwa aż po władzę polityczną na szczeblu rządowym czy parlamentarnym. Były takie okresy w historii, że Solidarność tej roli nie spełniała, szczególnie w okresie Akcji Wyborczej Solidarność, a nawet w czasie samego przełomu lat 80-tych i 90-tych, gdy wielu z nas naiwnie wierzyło, że sam fakt odzyskania wolności sprawi, że cały system polityczno-gospodarczy ułoży się tak, że ludziom będzie się żyło dobrze.

Te oba okresy to czas, kiedy ludzie Solidarności zmieniali się w polityków i szli po władzę…
– Niekoniecznie trzeba iść po władzę, żeby mieć wpływ na władzę. Ja to powtarzam jak mantrę. Każdy lider Solidarności, czy to na poziomie zakładowym, czy szef struktury branżowej, regionu, czy Komisji Krajowej musi sobie zdawać sprawę z tego, że będąc w Solidarności, pracuje się na rzecz innych ludzi, a o sobie myśli się na samym końcu. Niestety w związku często zdarzało się, że robiono na odwrót. Najpierw myślano o sobie, a dopiero później o innym człowieku. To na szczęście się zmienia i im szybciej się będzie zmieniało, tym lepiej dla ludzi i tym lepiej dla związku. Solidarność musi pełnić rolę związku zawodowego i jednocześnie trybuna ludowego bez względu na to, kto rządzi w kraju, bez względu na sympatie polityczne. Jeżeli władza jest dobra i wprowadza pozytywne zmiany, można z nią współpracować. Jeśli ta władza jest zła, to obojętnie czy wywodzi się z PO, SLD, czy PiS, trzeba ją punktować. Od tego jest Solidarność.

Gdy Solidarność rozpoczynała zmiany systemowe w latach 80-tych, była ruchem ludzi młodych, ludzi dynamicznych, ruchem wielomilionowym. Teraz związek wygląda inaczej…
– Solidarność wymaga wewnętrznych reform. Śląsko-dąbrowska Solidarność od dłuższego czasu stara się być kreatorem zmian wewnątrz związku, bo jest jasne, że jeśli nie doprowadzimy do tych zmian, to możemy przegrać związek. Jeśli teraz tego olbrzymiego zaufania społecznego, którym jesteśmy obdarzani, nie będziemy potrafili skutecznie wykorzystać, i to nie dla interesów własnych, ale dla interesów społecznych, interesów pracowników, interesów Polski, to może być początek końca Solidarności. Ludzie będą nas utożsamiać z establishmentem, który żyje z obiecanek, a nie umie, bądź nie chce ich spełnić.

Żeby zmienić system, trzeba mieć realny wpływ na władzę. Jak to zrobić?
– Solidarność przygotowuje się na uderzenie we wrześniu. Prawdopodobnie to będzie wielodniowa akcja pod gmachem na Wiejskiej. Podczas tego protestu musimy uzyskać jedną rzecz. To wspólny cel, który łączy i członków Solidarności, i zwolenników jednomandatowych okręgów wyborczych z Pawłem Kukizem na czele, i tych, którzy walczą o wolność mediów, i tych, którzy walczyli o referendum w sprawie wieku emerytalnego. Ten cel to zdobycie instrumentu realnego wpływu na władzę każdego dnia, a nie tylko raz na cztery lata.

O jaki instrument chodzi?
– O możliwość zdyscyplinowana władzy za pomocą referendum. Czyli, mówiąc w skrócie, jeśli uzbieramy określoną liczbę podpisów, referendum się odbywa, a jego wynik obliguje władzę do wykonania decyzji głosujących. Żeby nie było tak, jak to się zdarzyło przy „ustawie 67”. Zebraliśmy 2,5 mln podpisów, a jaśniepaństwo z Wiejskiej mówi: „Co ty mi tu narodzie opowiadasz, ty się nie znasz. My rządzimy. Morda w kubeł i spadajcie na szczaw. Odezwiemy się przed wyborami”.

Cały polityczny establishment, od lewa do prawa, będzie krzyczał, że to zamach na demokrację…
– Oczywiście, że będzie krzyczał. Wniebogłosy. Bo tzw. klasa polityczna nie chce być kontrolowana. Ale ludzie muszą sobie uświadomić, że jeśli nie będą mieli bata na polityków, to politycy będą z nimi robić, co chcą. Tak jak przez ostatnie 24 lata. Demokracja polega na tym, że politycy mają słuchać ludzi, a nie ich lekceważyć i pogardzać nimi. I nie dajmy sobie wmówić, że demokrację możemy mieć tylko raz na cztery lata, w dodatku poprzedzoną intensywnym praniem mózgu przez media. Posiadając możliwość dyscyplinowania władzy w referendum, a jeszcze lepiej możliwość odwołania złego posła, będziemy mogli powiedzieć, że wreszcie żyjemy w kraju, w którym są całkowicie wolne wybory, a nie wybory wolne częściowo.

Z Dominikiem Kolorzem, przewodniczącym Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego NSZZ Solidarność rozmawiał Grzegorz Podżorny

Komentarze

komentarze