Centrum Zdrowia Dziecka w WarszawieChcemy zaprezentować Wam dzisiaj coś szczególnie ważnego! Materiał, który dostaliśmy od pewnej mamy chorej dziewczynki. Dotyczy on pobytu w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie i od razu na wstępie mówimy – jak ktoś ma słabe nerwy, niech dawkuje lekturę, bo nóż (albo siekiera) w kieszeni się otwiera! Przekazany nam materiał poza wstrząsającą relacją, zawiera bardzo dużo zdjęć wraz z komentarzami autorki. Nie zwlekając – zapraszamy do lektury!

Drzwi do sanitariatu w basenie

„Jesteśmy z Polą po 3 tygodniach turnusu, przy pobycie stałym, na oddziale rehabilitacji pediatrycznej i neurologicznej. Miałyśmy być 4 tygodnie, miałyśmy brać udział w projekcie badawczym. Miał on polegać na częstych turnusach w Centrum co 4-6 tygodni, na rehabilitacji przy pomocy rezonansu stochastycznego, galileo, na monitorowaniu gęstości kości i jakości chodu. Taka intensywniejsza rehabilitacja z roczną analizą porównawczą chodu i gęstości kości. Projekt prowadzi rehabilitant z tytułem doktora oraz pani dr kierownik oddziału rehabilitacji. W tym projekcie biorą udział dzieci z RKiW oraz z wrodzoną łamliwością kości. Wiązałam z tym projektem ogromne nadzieje, bo wydawało mi się, że niesie on wiele korzyści dla dalszego rozwoju Poli i postępów w Jej rehabilitacji.

Przyjechałyśmy na oddział, ja z racji zaawansowanej ciąży zameldowałam się w Hotelu Patron, ponieważ na oddziale nie ma warunków do kąpania się oraz spania. Za ćwiczenia indywidualne, za rezonans stochastyczny i za galileo odpowiedzialny był pan dr rehabilitant.

Hydrokolator i Galwanizacja to zajęcia z zakresu fizykoterapii. Pierwsza polega na ogrzewaniu kończyn podgrzanymi okładami żelowymi, druga na stymulowania stóp i łydek delikatnym prądem 1,2 mA.

Terapia zajęciowa odbywana codziennie od poniedziałku do piątku z Panem Piotrem – super! Bez zarzutu. Wspaniały pogodny człowiek, powołany do pracy z dzieciakami. Pola uwielbiała zajęcia z wujkiem Piotrkiem.

Logopeda też codziennie. Też spoko. Pola lubiła i te zajęcia. Niestety półgodzinne zajęcia zaczynały się czasem z lekkim poślizgiem. Nie za każdym razem, ale jednak. A to pani musi siusiu, a to jakiś ważny telefon…

Edukacja specjalna – zajęcia w poniedziałki, środy, piątki. Zajęcia przepadły 2 razy, raz był 1 maja, raz Pani miała jakąś wizytę u lekarza. Zajęcia nie zostały odrobione, odpracowane. Zajęcia w pozostałe dni zaczynały się albo punktualnie, albo z ok. 10-minutowym poślizgiem!!! Raz Pani klucza do pokoju szuka, to znów musi iść po jakiś worek do śmietnika, innym razem na zajęcia wchodzi jakaś mama, by z panią ustalić dni i godziny zajęć własnego dziecka… Oczywiście czas, z jakiego zostaje okradziona Pola, nie jest odpracowany.

Gniazdka elektryczne na basenie

Basen: PORAŻKA! POMYŁKA! Wielkość basenu 3 x 3 metry! Brodzik! Basen w tragicznym stanie. Wyłożony płytkami, które są chropowate, kaleczą stópki Poli i jedno ramię. Później, nauczone doświadczeniem, na basen chodzimy w skarpetkach. Brak miejsca intymnego, gdzie można ubrać w pampersa 4-letnią dziewczynkę, natryski obrzydliwie zapuszczone, nie dostosowane dla dzieci na wózkach, ubikacja ze spleśniałymi od dołu drzwiami, dziecko na wózku nie ma szans na wjazd do WC (zbyt wąskie drzwi!).

Zapuszczone natryski

Do basenu wchodzi się po schodach. Dzieci niechodzące trzeba wnosić na rękach. Gnijące ściany, sufity, płytki na podłodze z pleśnią na miejscu fug… W basenie zardzewiały filtry, więc zalano je betonem, a na beton położono płytki. Wodę wlewa się zielonym szlauchem ogrodowym i nim też wypompowuje wodę, gdy jest już zapyziała. W tak ciasnym baseniku kąpie się jednocześnie kilkoro dzieci. Nie ma mowy o zajęciach indywidualnych. Pani rehabilitantka instruktorka stoi na zewnątrz basenu, krzyczy do dzieci, co mają robić. Gdy dzieci nie słuchają lub gdy Pani chce im pokazać, jak powinny robić dane ćwiczenie, szturcha je delikatnie drewnianym kijem!

Drewniany kij jako metoda do nauczania pływania. Pani rehabilitantka instruuje Polę jak ma trzymać ręce pływając na plecach. Instruktor pływania nie wchodzi z dzieckiem do basenu. Uczy je pływać i egzekwuje ćwiczenia stojąc po za basenem. Kij w zupełności wystarcza.

Podłoga na basenie

Po prostu masakra, syf, kiła i mogiła… Reszta Pań rehabilitantek stoi zazwyczaj przy jakiejś ścianie albo siedzi przy stole i intensywnie rozmawia we własnym gronie. Panie już od 9 rano są bardzo utrudzone pracą, zmęczone pacjentami i zblazowane. Snują się tu i tam, nic nie robiąc. Od czasu do czasu przetrą ścierką wannę od hydromasażu, pomogą jakiejś mamie wyjąć dziecko z wody…

Wejście do basenu. Dzieci, które nie chodzą, trzeba nieść samemu

A czym dezynfekuje się wanny po zabiegu? Tą oto ściereczką i płynem do dezynfekcji oczywiście. Po zabiegu w wannie pani rehabilitantka przeciera ściereczką wewnętrzne brzegi wanny do poziomu nalanej wody i gra gitara.

Rehabilitacja indywidualna, jaką została objęta Pola – TRAGEDIA. Nie da się tego odpowiednio opisać, opowiedzieć. Postaram się jednak i mam nadzieję, że choć trochę będziecie sobie w stanie wyobrazić.

Pokój do rehabilitacji ma wymiary (powiedzmy na oko) 3 na 6 metrów. W tym pokoju stoją regały z książkami, segregatorami, papierami pana doktora rehabilitanta. Stoi też biurko z komputerem, telefon, 2 urządzenia do pomiarów, stół do rehabilitacji, piłki i wałki do rehabilitacji, drabinka oraz składany na trzy materac do ćwiczeń na podłodze. W tym pokoju przy komputerze siedzi pan dr rehabilitant, na łóżku i na piłce ćwiczą jakieś dzieci (wykonując serię ćwiczeń), stoją jeszcze studenci (3 rok studiów – praktykanci przed licencjatem) – 6-9 osób rożnie, zależy od dnia.

I do takiego pokoju ja wprowadzam Polę na zajęcia INDYWIDUALNE. Pan dr rehabilitant mówi studentom (ludziom tak naprawdę bez żadnych uprawnień, 3 lata po maturze), że oto jest Pola, ma przepuklinę, umie to, i to, i to, tego nie umie i tego też, wyznacza osobę, która będzie z Polą ćwiczyć, po czym odbiera telefon i wychodzi z sali, zostawiając Polę ze studentami, dwoje innych ćwiczących dzieci (również w ramach zajęć indywidualnych) w tym całym bajzlu…

Oświetlenie

Na rezonans również wysyła jakiegoś studenta z Polą. Idę z nimi. Student pyta się mnie na miejscu czy wiem, jak się włącza rezonans… Zupełnie nie radzi sobie z Polą, zajęcia mijają, Pola się trochę potrzęsła i tyle… Innym razem jakaś studentka nie wiedziała nawet, gdzie jest rezonans, jak do niego trafić. Została wytypowana do ćwiczeń z Polą (na Poli).

Na pierwsze galileo idę ja, Pola i pan dr rehabilitant. Pokazuje mi jak działa galileo, jak je włączyć i nastawić. Kolejne zabiegi mam robić sama Poli, przychodzić tu i sobie włączać.

Tak wygląda prawie każda rehabilitacja indywidualna. Studenci codziennie inni. Raz na rezonansie pan dr rehabilitant krzyczy na swoich studentów, że nie myślą, że źle Polę trzymają, że nie tak. Pola zmieszana patrzy na mnie, nie wie za bardzo czemu te krzyki, za co…

Sytuacje z rehabilitacji zgłaszam pani kierownik oddziału rehab (naszej prowadzącej pani doktor). Ta mówi mi, że dobrze, iż ją informuję o takich swoich spostrzeżeniach, że porozmawia z panem dr. rehabilitantem. Jednak przez kolejne 3 dni nie zmienia się nic. Idę ponownie na rozmowę. Rozmowa nie jest już taka miła. Dowiaduję się, że pan dr rehabilitant ma zgodę dyrekcji szpitala na praktyki studenckie, że jeśli mi się nie podoba, to mogę zrezygnować z rehabilitacji…

No i zrezygnowałam po 3 tygodniach…

Oświetlenie

Oczywiście nikt nie zapytał mnie o zdanie, czy pozwolę studentom na pracę z moim dzieckiem, czy wyrażam zgodę, aby ćwiczyli oni z moim dzieckiem pod nieobecność ich profesora z uczelni, a rehabilitanta Poli… Nie wiem też, jak szpital rozlicza się z tym dr. rehabilitantem. Oficjalnie pracował on z Polą po pół godziny dziennie, plus rezonans i galileo (czyli godzina). Dodatkowo prowadzi praktyki studenckie. Ma program badawczy. Za wszystko chyba raczej jest kasa… Tylko że ani Pola rehabilitacji nie miała, ani studenci niczego się raczej na Poli nie nauczyli, bo nie chciała ona z nimi współpracować. Nie wykonywała ich poleceń, bawiła się z nimi. Zauważyłam też, że na takie warunki, na takie standardy, jest ogólne przyzwolenie. Nikogo nic nie dziwi.

Któregoś razu na rezonans wchodzi lekarka i przy mnie oraz studentach zwraca się do dr. rehabilitanta: „No, miałeś do mnie wpaść, czekam i czekam. Nie po drodze ci do mnie?” Na co dr rehabilitant mówi: „No, dobra to już idę.” Zostawia Polę ze studentami i wychodzi… I takie sytuacje mają miejsce codziennie.

Ja nie po to tam pojechałam, żeby studenci mieli dziecko, na którym mogą odbywać praktyki. Kilka razy zajęcia, które planowo Pola ma mieć o 11:30 – my je mamy w naszym grafiku zajęć, a dr rehabilitant ma je w swoim grafiku indywidualnych ćwiczeń z pacjentami – odbywają się o całkiem innej porze, bo nie ma kto ćwiczyć z Polą (brak studentów) albo coś wypadło, a bo to, a bo tamto…

Okienko. Nowe. Wymienione za pieniądze od fundacji McDonalda… Darczyńcy pieniążki dali, jak widać, na nowe okna i ich wymianę, a nie na ich sprzątanie, co nie?

Ta rehabilitacja jest opłacana z naszych podatków, z funduszy NFZ. Pracownicy biorą kasę, ale nie pracują sumiennie, ich praca z dziećmi, czas pracy nie jest monitorowany, kontrolowany przez nikogo. A jak widać, sumień co niektórzy nie mają. Co więcej, na takie turnusy nie przyjeżdżają obrotni, zaradni, radzący sobie finansowo rodzice i ich dzieci. Raczej ci ubodzy, których nie stać na zapewnienie dziecku prywatnej rehabilitacji, prywatnych turnusów w super ośrodkach. Są to rodzice dzieci z małych miasteczek, wiosek, gdzie nie ma ośrodków rehabilitacyjnych, rehabilitantów. I dla nich takie turnusy to jedyna forma rehabilitacji. I to jest straszne.

Co do samego oddziału: Stołówka nie dostosowana do dzieci niepełnosprawnych. Ciasna. Pokoje jak to na oddziale, 4-osobowe, 2-osobowe. Na cały oddział dla rodziców jeden tylko prysznic. Jedzenie dla dzieci takie sobie… Rodzice jedzenie i spanie muszą sobie ogarniać sami. A okoliczne sklepy i jadłodajnie zdzierają niemożliwie. Za pobyt z dzieckiem na oddziale ponosi się opłatę 5,80 zł (albo 6,80 zł) za dobę.

Stołówka oddziału rehabilitacji. W teorii powinno tu się zmieścić na posiłku 40 dzieci, część na wózkach, spora część z rodzicami, którzy pomagają dziecku w jedzeniu

Wiele oddziałów i miejsc w Centrum Zdrowia Dziecka jest pięknie odremontowanych, w wysokim standardzie, barwnie i kolorowo przystrojonych, przyjaznych dla dzieci. I na każdej niemal odnowionej ścianie, podłodze, patio jest tabliczka, jaka fundacja, organizacja, grupa wyznaniowa dała na ten cel pieniądze – słowem, kto jest sponsorem remontu danej powierzchni. Jest jednak wiele miejsc, które wybudowane 35 lat temu nie zostały nigdy odnowione, konserwowane, naprawione. Zdjęcia pochodzą z obszaru, gdzie odbywa się rehabilitacja stacjonarna i na pobycie dziennym dzieci niepełnosprawnych przyjeżdżających tu z całej Polski. Ściany, podłogi, sufity, windy, sanitariaty i różne zakamarki, po których przemieszczają się codziennie rodzice z niepełnosprawnymi dziećmi.

Lekarze na oddziale ok. Pielęgniarki ok. Jedna cudowna, wspaniała – Pani Halinka R. Anioł nie człowiek! Niezwykła empatia, radość i uśmiech na twarzy!”

…piękne lustro, mydło w dozowniku, ręczniki papierowe i zlew… Niestety nie ma kranu i wody bieżącej… Zatem rąk umyć się nie da… Chyba że w muszli klozetowej!

Katarzyna Więsak
_____________________________________________________________________________________________

Inne opinie o Centrum Zdrowia Dziecka:

Cyt. „Ja byłam z moim synem w CZD na rehabilitacji 5 razy. Co nas najbardziej raziło to nieróbstwo pana DR rehabilitanta. Robił tak by się nie narobić. Gdy nie miał studentów to kazał dzieciakom samym ćwiczyć i odwracał się do nich tyłem by móc posiedzieć przy komputerze, czy porozmawiać przez telefon. Moje dziecko samo to może w domu sobie poćwiczyć a obowiązkiem pana DR jest praca z nim bo za to dostaje pensję! Dużo matek narzeka na pana DR rehabilitanta, ale boją się odezwać! Trzeba by było z zaskoczenia wparować do sali ćwiczeń i gwarantuję,że będzie tyłkiem odwrócony do dzieci. Pani DYREKTOR Oddziału czy nie można z tym zrobić porządku?! Można przeprowadzić ankietę to dużo pani się dowie o nieróbstwie pana DR rehabilitanta. Jego stosunek do pacjentów też jest skandaliczny.Syn mój boi się tego pana i opowiadał jak jego koleżankę doprowadził do łez a kolegę wyzwał nie przebierając w słowach. My oddajemy nasze dzieci w dobrej wierze a tu…Smutne to, ale prawdziwe. O wszystkim dowiedziałam się w domu”

Cyt. „Ja też jestem mamą chorej dziewczynki na Zespół Westa, ma 5 lat i jest zupełnie zależna od innych, tzn. ode mnie, jej mamy. Zgadzam się z autorką artykułu że to jest skandal. ale ja powiem jak to wygląda od strony studenta fizjoterapii, której jestem od 3 lat na jednej z polskich uczelni…my też mamy praktyki w wielu szpitalach w Małopolsce i powiem Pani tak: inni się doktoryzują naszym kosztem, a nami sobie d**y wycierają, nas posyłają do najcięższych przypadków, a oni w tym czasie kawkę popijają, nam nikt za to nie płaci. To nie jest wina studentów, że nie wiedzieli jak ćwiczyć z Pani córeczką, tylko Pan Dr ich tego nie raczył nauczyć, zajęty swym projektem badawczym, którego wyniki ma z góry ustalone, potrzebuje tylko danych statystycznych. on zrobi profesurę na tym projekcie ciężką pracą wystraszonych młodych studentów, którzy mają prawo nie wiedzieć, bo dopiero się uczą i wszystko jeszcze przed nimi.Ale laury spłyną na Pana Dr, który oddając się nauce, zapomniał że pierwszą zasadą służby zdrowia jest : Primum non nocere ! (po pierwsze nie szkodzić).

jeśli chodzi o wczasy w pięknych drogich kurortach- byłyśmy na takich, tzn Julcia z babcią, a ja w tamtym ośrodku miałam praktyki studenckie, byłam po 2gim roku fizjoterapii. I wiecie co? Mi się dostało moje dziecko do ćwiczeń, bo trzy Panie mgr nie wiedziały jak z nią ćwiczyć!”

źródło: Jarek Kefir

Komentarze

komentarze